Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2016

Bluza

   Pomagałam dziś przebierać się do snu mojemu marudzącemu Synowi (a powiem Wam, że straszna z niego miągwa :P) i składając jego bluzę w "kosteczkę" przypatrzyłam się jej uważnie.

   Duża jakaś.

   Spojrzałam na rozmiar na metce - 122cm.

   Seriously???!!! O.O

   Bosh.... Gdzie te dzieci tak rosną? Jestem z nimi codziennie, ale nie widzę, żeby się większe robiły. Niby dosięgają już do włączników świateł, i do klamek, i do kranu (Antek to nawet bez wchodzenia na schodek), wciskają najwyższy guzik w windzie (no dobra, Ala staje na palcach, ale kiedyś w ogóle nie dosięgała), ale jednak wydaje się, że ciągle są takie same...
   ... no, może bardziej pyskate. :P...

... ale żeby tak urosły??!

   I tak się zadumałam nad tą bluzą, nad czasem, przemijaniem, dorastaniem. Że to tak zleciało jakoś, i pewnie zaraz zleci drugie tyle.
   Że ten czas to jakoś tak przez palce przecieka i już nie wraca. I oni też już nie będą nigdy tacy mali.

   I tak mi się jakoś dziwnie zrobiło. Smutno? Nie. Raczej nostalgicznie. Aż sobie przypomniałam moje stare posty z tego bloga. Tyle czasu, tyle małych-wielkich problemów, które teraz mnie już tak kompletnie nie dotyczą. Dziwnie tak.

środa, 26 czerwca 2013

Kobieta pracująca

No i stało się. Od trzech dni znów robię kanapki i parzę kawę dla obcych ludzi przez kilka godzin dziennie. Nawet nie jest źle, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło: pamiętam jakieś 99% z tego, co powinnam wiedzieć,  a że procedury się nie zmieniły, więc od pierwszego dnia byłam już na pełnych obrotach, intuicyjnie poruszając się po kawiarni. Jakbym nigdy nie była na urlopie!

Dzieci cudownie współpracują ze mną i Adamem w tym trudnym momencie naszego rodzinnego życia.  O Antolka byłam spokojna, to już taki duży facecik, ale były obawy co do Ali. Na szczęście młoda daje radę 5h bez mleka wytrzymać,  nie płacze. W sumie słusznie, niewiele się tak naprawdę zmieniło dla niej, bo mama nadal jest przez większość dnia (i całą noc ), a czas bez mamy spędza z tatą.   Nawet miałam pomysł, by odciągać mleko dla niej na wszelki wypadek, ale Dziubella nie chce pić mojego mleka z kubeczka czy też butelki. Widocznie mleko mamy jest zarezerwowane do picia prosto z dystrybutora ;).
I tylko czas szybciej leci, dni przychodzą i odchodzą jeden po drugim. Ani się obejrzymy, a dzieci skończą kolejny rok życia, minie lato... Mam jakieś dziwne, melancholijne myśli odnośnie przemijania. Nawet pobudki o 5:30 nad ranem (znów ) nie wprowadzają mnie z równowagi, bo wiem, że ten etap skończy się szybciej, niż mi się wydaje.
Dziś pierwszy raz Ala chodziła sama, pchając przed sobą wózek zabawkowy. Zaraz zacznie chodzić i bez niego. Leci czas, leci... 

środa, 15 sierpnia 2012

Dwa latka nam minęły...

   Czas to taka dziwna bestia. Gdy żyjemy dzień po dniu, czasem ma się wrażenie, że leci bardzo wolno. Że nic się nie dzieje. Że rutyna. Że nuda. Że "o matko, kiedy w końcu będzie lato/święta/wiosna itd."
   A potem BACH! Dwa lata minęły. I patrzę wstecz i nie wiem - kiedy? Jak to - dwa lata? Naprawdę?? Jestem mamą już TAK DŁUGO? Wytrzymałam? Nie uciekłam do lasu? Nie zabiłam męża ani dziecka? ;) Nadal nie osiwiałam do końca, nie wyrwałam sobie wszystkich włosów z głowy, nadal nie leczę się antydepresantami? :P
   To już jest sukces, co nie? :D
   I patrzę z rozrzewnieniem na tego mojego Dwulatka - jaki jest mądry, jaki samodzielny, jaki duży. Że chodzi i biega, i wspina się sam, że coś mówi, że ma swoje preferencje, że jest takim cudownym maluchem nadal, że wszystko w nim jest piękne i idealne: włoski i nosek, i te ząbki śliczne, i jego małe paluszki... Qrcze, naprawdę przeżywam teraz jakiś nawrót zachwytu nad własnym dzieckiem, dzień po dniu. Uwielbiam go tulić bez powodu, głaskać po włosach, całować w czółko i nosek. Mój synek... Czasem bywa wkurzający, ale kto z nas nie bywa? ;) Zresztą nie umiem się na niego gniewać długo, nawet nie próbuję jakoś specjalnie, bo wiem, że on mnie straszliwie kocha i potrzebuje. Szkoda naszego wspólnego czasu na fochy, krzyki i inne takie. Wolę tuli-tuli. :)
  
   Na razie urodzinowe celebracje jeszcze przed nami. Wczoraj była tylko maleńka, rodzinna imprezka z torcikiem i kilkoma niespodziankami. Wielkie "birthday party" zaplanowałam na sobotę. Mam nadzieję, że goście dopiszą i będziemy mogli wtedy w pełni świętować antkowe urodziny. A on poczuje, że to jest coś niezwykłego, specjalnego i tylko dla niego. Pewnie tego nie zapamięta świadomie, ale przeżyje to tak czy inaczej i ten moment gdzieś tam w nim zostanie już na zawsze. I na zdjęciach - dla nas na pamiątkę. :)

środa, 2 listopada 2011

Mama na etacie

   Niesamowite, jak dzieci jednak potrafią różnicować przyzwyczajenia w zależności od sytuacji. Gdy jestem pod tak zwaną "ręką", a Antek jest zmęczony, to aby go uśpić potrzebna jest moja pierś na dobranoc. Koniecznie. Gdy jej nie ma, jest lament i dramat. Wystarczyło jednak, bym poszła do pracy, a Antoś od razu i bez większych problemów nauczył się zasypiać w ciągu dnia na rękach u taty. Żadnych sytuacji wielkiej rozpaczy nie było ani razu - ot, dziecko rozumie na jakimś-tam swoim poziomie, że mama jest nieosiągalna przez pewien czas i musi radzić sobie bez niej. I sobie radzi, ku mojej wielkiej uldze (uffff....).
   W pracy czas leci szybko i nie ma czasu na kontemplację tego, co tam się ewentualnie w domu dzieje, jak długo jeszcze do wyjścia itd. Uwijamy się przez te 4h jak w ukropie i nagle już jest 15:30 i można sobie iść. O 16:00 jestem już w domu. Na dzień dobry Antek rzuca się na... cyca, oczywiście. :P To taka jego wersja okazania tęsknoty i przywiązania, no i pewnie też jakiś głód za mlekiem. Ale śmieszne to trochę, że nie przybiega się przytulić, tylko od razu do piersi chce. Mały ssak. :)
   Niestety idzie zima, jakaś zmiana czasu była parę dni temu i przez to wszystko mam poczucie, że nie ma mnie dla Antka znacznie dłużej niż te 5h. Bo jak już przyjdę o 16:00 i zjem obiad, to na dworze już ciemno. Ani za bardzo na spacer nie ma już jak wyjść ani nic, można tylko w domu siedzieć, a tu zaraz już kąpać się trzeba i spać iść. Mam poczucie, że ledwo wejdę do domu, już jest koniec dnia. Przez to wydaje się, że kompletnie nie spędzam czasu z własnym dzieckiem. W każdym razie jakiegoś takiego konstruktywnego, zabawowego, tylko jestem jakoś obok albo w trakcie czynności około-pielęgnacyjnych: mycie, kąpanie, ubieranie, usypianie.
   Doba powinna być dłuższa przynajmniej o 6h, naprawdę. ;)
  
   W związku ze zmianą czasu i naszym lotem do PL i z powrotem (tak, tak, udało się dotrzeć na kolejne wesele!), Antkowi się poprzestawiały godziny zasypiania i wstawania. Budzi się teraz PRZED 8:00 rano! Dramat. Już się tak przyzwyczaiła do tego, że gdzieś między 8:00 a 8:30 wstajemy, a tu nagle 7:00 i młody robi pobudkę! No co jest, kurcze blade? Do tego dochodzi niewyspanie, więc dziś np. zasnął nagle ni z tego ni z owego o 18:45, zanim w mojej głowie powstała myśl, że chyba czas iść się kąpać. Aż strach się bać, jaką to oznacza godzinę na jutrzejszą pobudkę, brrrr!