Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą taniec. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 października 2013

Zumbaton za mną!

   W ostatnią niedzielę zostawiłam męża mego z Dziabągami i pojechałam z trzema innymi mamami z naszej okolicy na maraton zumbowy - CZTERY GODZINY skakania, tańca i ogólnie bycia w ruchu, niemal non-stop.
   PRZEŻYŁAM!!! :D

   W zasadzie, patrząc z perspektywy kilku dni, to nie było tak strasznie. Albo te układy jakieś takie proste, albo ja mam jakąś kondycję lepszą dzięki Ewie Ch. (stawiam jednak bardziej na teorię o układach ;P), ale ani zakwasów nie miałam po tej niedzieli ani nic, lekki ból w pachwinach w poniedziałek - generalnie nawet nie ma o czym mówić. ;)

   Ale ogólnie bardzo pozytywnie było: w babskim gronie, przy fajniej muzyce, bez alkoholu bawiłam się świetnie przez 4h i zmęczona, ale szczęśliwa wróciłam do mojej rodzinki, którą dałam radę tylko wycałować, potem szybka kąpiel moja i Dziubasków i padłam w obcjęcia Morfeusza już o 20:00.

   W tym tygodniu zumbę odpuściłam (a była wczoraj), ale planuję min. 4 sesje z Ewą - na tapetę pójdzie "Turbo spalanie", bo skalpel już mi się znudził. ;)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Nostalgicznie o tańcu

   To taki epizodzik był, ale zapamiętałam, więc piszę. Nie ma bezpośredniego związku z Antkiem ani z Kijanką. Chodzi tylko o mnie. O taniec. Że mi go nagle strasznie zabrakło.
   Kiedy byliśmy z Antolkiem na Tall Ship Races i pobliskim lunaparku, była tam taka atrakcja dla dzieciaków "Jungle madness", dla której efekty dźwiękowe robiła muzyka salsowa. Jejku! Jak mi się tego dobrze słuchało, aż nogi same chciały tańczyć. Aż mi się przypomniało Muchos w Poznaniu i te wtorki kochane, gdy tuż po pracy leciałam na autobus, żeby jak najszybciej być w ulubionej salso-knajpie. Tam mnie wszystkiego nauczyli od zera, za friko, i tam przetańczyłam wieeeeele wieczorów.
   A teraz tego nie ma. :( Z wielkim brzuchem to sobie mogę iść co najwyżej na jogę się zrelaksować. Salsowanie odpada. A nawet gdybym tego brzucha nie miała - to nie mam tu z kim iść. Bo salso-bar już jakiś czas temu znalazłam w Dublinie, jest w samym centrum miasta, nie sposób nie trafić. Ale samej tak... ech...
   Tęsknię za Poznaniem. Tak nagle i bez sensu. Za salsą. Za znajomymi stamtąd. Żeby tak móc wyjść na całą noc potańczyć... Głupie, nie? Ja tu zaraz rodzić będę swoje drugie dziecko, a salsa mi w głowie. Może właśnie dlatego?

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Miami

   Dziś po raz pierwszy od jakichś 2,5 lat byłam w kinie.

   Szał, co nie? :P

   Mało tego - byłam tam z mężem I Z ANTKIEM. :D Adam postanowił zrobić mi mega-niespodziankę i kupił dla nas wszystkich bilety na popołudniowy seans najnowszego "Step up 4: Miami heat" (w polskich kinach tłumaczony jako "rewolucja", bogowie raczą wiedzieć, dlaczego i po co...). Film jest naprawdę dobry, jeśli chodzi o filmy taneczne (a widziałam ich sporo, bo na punkcie tańca mam małego hopla z przerzutką). O niebo lepszy, niż Step Up 2, i o jakieś 4 nieba lepszy niż Step Up 3, który był żenująco byle jaki. Ten film ma naprawdę dość spójną fabułę (a czasem o to bardzo trudno w tanecznych filmach :P) i świetne choreografie!
   Nie tylko ja byłam zachwycona - Adam i Antek też! Młody wytrzymał niemal cały film bez wiercenia się i zniechęcenia, najbardziej mu się podobało, jak tańczyli, bo reszta filmu (dialogi, i to po angielsku) są jeszcze poza jego zasięgiem ogarniania. ;) Ale taniec super, nawet głośna muzyka mu nie przeszkadzała (a zazwyczaj nie lubi, jak jest za głośno).
   Dobrze, dobrze... Czym skorupka za młodu itd. ... Sasasa! Mam niecny plan "zarazić" moje dzieci pasją do tańca i - jeśli będą chciały (będą, prawda? *oczy kota ze Shreka*) - posłać je do klubów tanecznych, żeby mogły swoją energię spożytkować ucząc się czegoś fajnego przy okazji. Styl jest mi w zasadzie obojętny, choć ja bardzo kocham taniec towarzyski i salsę, ale dobry hip-hop też nie jest zły. ;)
   I tym optymistycznym akcentem kończymy pierwsze dwa latka życia Dziabąga. :) Bo to już jutro (w zasadzie to nawet dzisiaj, bo piszę to po północy, ale Antoś urodził się 18:35, więc jeszcze nie ma tych dwóch lat w pełni :P).

piątek, 4 listopada 2011

Tańczący pingwinek ;)

   Ponoć najlepsza dla małych dzieci jest muzyka klasyczna, a już naj-najlepsiejszy jest Mozart. Antek ma jednak zupełnie inne preferencje. Fakt faktem - od urodzenia, oprócz kołysanek Mini Mini (polecam!), katuję go różnego rodzaju muzyką klasyczna "dla bobasów". Mam chyba z 5 różnych płyt. Do tego muzykę relaksacyjną, jakieś odgłosy natury i tego typu cuda.
   A Antoś woli rocka! :P Prawda, że takiego raczej soft-rocka, ale jednak - żeby był dobry rytm, perkusja, gitara... Bon Jovi nadaje się wyśmienicie. Współczesny pop też jest ok, również trance, a na ostatnim weselu okazało się, że taki smooth-jazz nie jest zły, a i Sinatrą bobas nie pogardzi. Upodobania muzyczne dziwaczne, ale składamy to na karb rozwijającego się wciąż umysłu naszego kaczątka.
   Po czym poznać, że muzyka Antkowi odpowiada? Bobas tańczy! Oj, jakie to śmieszne jest i cudne, jak on się tak kiwa z boku na bok albo do przodu i do tyłu. :) Jestem zawsze tak samo zaskoczona tym jego tańcowaniem, i tak samo mi się mordka śmieje. :D Ostatnio do układu choreo dołączyły też obroty wokół własnej osi, przysiady (początki podskoków?) i wymachy rączkami w górę. P-I-Ę-K-N-E!
   Od tygodnia albo dwóch do kolekcji "top-przebojów", poza nieśmiertelnym "Waka-waka" Shakiry (on to naprawdę lubi!), dołączyło "Boogie wonderland" z teledyskiem z bajki "Happy feet". Niech nam żyje Tubiś! Dzięki niemu mogę pokazywać Antkowi tą piosenkę codziennie, i też codziennie bobas się jej domaga. Przynosi mi wtedy książeczkę z pingwinkami na okładce i zaczyna się kiwać prawo-lewo-przód-i-tył, czyli tańczy ;), a rączką pokazuje na komputer. I wtedy musi być to:

Tańczące pingwinki rządzą! A na nadchodzącą zimę jak znalazł. :)