Nasz wyjazd obfitował w wiele nowych doznań, także smakowych. Wybór potraw w hotelowej restauracji była oszałamiająca, zwłaszcza na kolację. Codziennie coś nowego. Nie wiadomo, gdzie oczy podziać i za co się złapać. Bo to była opcja szwedzki bufet - bierzesz co chcesz i ile chcesz z kilku zastawionych suto stołów.
Antoś oczywiście również wybierał i smakował kraby, pieczone ryby, mule i inne takie (ale też jajecznicę, kiełbaskę i bułeczkę, spoko :P). Dopiero trzeciego dnia pobytu zorientowałam się, że jest na sali (ogromnej!) także coś takiego, jak bufet dziecięcy - osobny stolik z potrawami przeznaczonymi dla maluchów.
No i tu się niestety straszliwie rozczarowałam. Ja nie wiem, co ta nasza zachodnia kultura z nami zrobiła i robi nadal, ale dlaczego wszędzie i zawsze opcją żywieniową dla dzieci są:
- frytki
- makaron w sosie pomidorowym
- smażona w panierce ryba i/lub
- smażone w panierce nóżki z kurczaka i/lub
- "nugetsy", czyli takie zmielone cholera-wie-co z kurczaka, w kształcie kotlecika, w panierce oczywiście
- wybór słodyczy: cukierki, żelki, we wściekłych kolorach i obficie okraszonych cukrem
- jakaś pseudo-sałatka z owoców, dla mnie mało atrakcyjna, dla dzieci chyba też, bo zawsze zostawała pełna micha (chyba nikt tego nie jadł :P)
- kilka plasterków pomidora, ogórka i sałaty jako opcja zdrowa
Dramat i żenada. Nie korzystaliśmy więc z dziecięcego stołu, tylko dawaliśmy wybierać Antolkowi z "dorosłego" jedzenia (jak zawsze zresztą), które było bardziej urozmaicone, także w warzywa i owoce, różne rodzaje mięs i ryb, owoce morza i cholera wie, co jeszcze. Jakieś sałatki, surówki... Ja nie wiem - to się naprawdę nie kwalifikuje jako jedzenie dla dzieci, tylko smażone w oleju fryty z również smażonym mięsem i do tego cukierki? Tyle się pisze wszędzie o epidemii otyłości u dzieci, ale jak widać, niewiele to zmienia w kwestii tego, czym te dzieci się karmi.
Antoś oczywiście również wybierał i smakował kraby, pieczone ryby, mule i inne takie (ale też jajecznicę, kiełbaskę i bułeczkę, spoko :P). Dopiero trzeciego dnia pobytu zorientowałam się, że jest na sali (ogromnej!) także coś takiego, jak bufet dziecięcy - osobny stolik z potrawami przeznaczonymi dla maluchów.
No i tu się niestety straszliwie rozczarowałam. Ja nie wiem, co ta nasza zachodnia kultura z nami zrobiła i robi nadal, ale dlaczego wszędzie i zawsze opcją żywieniową dla dzieci są:
- frytki
- makaron w sosie pomidorowym
- smażona w panierce ryba i/lub
- smażone w panierce nóżki z kurczaka i/lub
- "nugetsy", czyli takie zmielone cholera-wie-co z kurczaka, w kształcie kotlecika, w panierce oczywiście
- wybór słodyczy: cukierki, żelki, we wściekłych kolorach i obficie okraszonych cukrem
- jakaś pseudo-sałatka z owoców, dla mnie mało atrakcyjna, dla dzieci chyba też, bo zawsze zostawała pełna micha (chyba nikt tego nie jadł :P)
- kilka plasterków pomidora, ogórka i sałaty jako opcja zdrowa
Dramat i żenada. Nie korzystaliśmy więc z dziecięcego stołu, tylko dawaliśmy wybierać Antolkowi z "dorosłego" jedzenia (jak zawsze zresztą), które było bardziej urozmaicone, także w warzywa i owoce, różne rodzaje mięs i ryb, owoce morza i cholera wie, co jeszcze. Jakieś sałatki, surówki... Ja nie wiem - to się naprawdę nie kwalifikuje jako jedzenie dla dzieci, tylko smażone w oleju fryty z również smażonym mięsem i do tego cukierki? Tyle się pisze wszędzie o epidemii otyłości u dzieci, ale jak widać, niewiele to zmienia w kwestii tego, czym te dzieci się karmi.