Już ponad miesiąc minął, odkąd zasiedliliśmy całą naszą trójką tzw. "Zieloną Wyspę". Zielona to ona jest chyba na pocztówkach, bo Dublin, w którym obecnie przebywamy, to szarość i brud totalny. Beznadziejne miasto, nigdy go nie lubiłam. Ale mus to mus, w końcu nie jesteśmy tu na zawsze.
Nie jest dobrze. Przynajmniej w mojej głowie. Czy to kwestia emigracji? A może panującego zimna? Krótkich dni? Jak znam życie, wszystko naraz. Pobudki w kompletnych ciemnościach, bo przecież Antek nie kuma jeszcze, że jak jest ciemno, to mamie się wstać nie chce, choćby była już nawet 8:00. Dni wypełnione monotonnymi czynnościami. Nawet spacery mnie nie ratują, bo zimno jest i wcale wychodzić się nie chce. Antolek ostatnio ma dość leżenia w wózku i po godzinie wycieczki zaczyna się na serio wkurzać, stękać, kwękać, pitulić i miągwić, że to mu już kompetnie nie pasuje. Więc i mi przestały pasować długie wyjścia, bo to żadna radość jest lecież pędem przez miasto z krzyczącym Antkiem w wózku.
W dodatku nie ma tu za bardzo gdzie iść na spacer z takim maluchem. Najbliższy sensowny park jest godzinę drogi od domu, a - jak już pisałam wyżej - spacer dłuższy niż godzina... no, dajmy na to półtorej, może skończyć się niefajnie. A szkoda, bo zabierałam tam Antolka i karmiliśmy kaczki, gołębie, mewy i łabądki. Antoś był zachwycony wrzeszczącym ptactwem na wyciągnięcie łapki, a ja byłam zachwycona zachwytem Antka: te jego szeroko otwarte ze zdziwienia oczy i paszcza, też otwarta, z której miarowo kapie ślina. :P Na razie więc nic z tego. W zamian "spacery" przerodziły się w zwykłe łażenie na zakupy, od sklepu do sklepu, w centrum miasta, gdzie jest głośno, tłoczno i gdzie Antek męczy się, a my z nim. :/
Zimno na dworze i brak ciekawych miejsc powoduje, że kisimy się w domu. Gdzie zresztą też nie jest najcieplej, bo takie tutaj niestety mają domy. :/ Nudzę się i ja, i Antoś. Ileż można leżeć na tym kocyku i bawić się grzechotkami czy innymi grającymi/szeleszczącymi zabawkami? Gdzie nowe wyzwania, nowi ludzie? Znajomych tu jak na lekarstwo, a i tak wszyscy ciągle w pracy i spotkać się można tylko wieczorami. A wieczorem Antosia trzeba wykąpać i naciumkać do snu, i koło się zamyka - nie widujemy tu często gości. Z nostalgią myślę o Poznaniu, gdzie niedawno naszym zaprzyjaźnionym sąsiadom urodziła się córeczka i teraz byłoby jak znalazł - wspólne rozmowy o dzieciach, spotkania we czwórkę... a w zasadzie w szóstkę, wliczając szkraby. Ale co? Nie ma nas tam.
Wiem, że marudzę. No ale muszę i już. Odliczam dni do wiosny - może więcej słońca i cieplejsze dni nastroją nas pozytywnie do świata. Na razie staram się dzielnie trzymać na tej emigracji, ale i tak średnio co drugi dzień łapię "doła", że po co nam to było. Ale wiadomo - pieniądze. Przekleństwo. Więc zaciskam zęby i bawię się z Antkiem po raz enty grzechotkami i grającymi/szeleszczącymi zabawkami, biegnę z nim na zakupy, karmię i tulę. I chcę już wiosnę.
Nie jest dobrze. Przynajmniej w mojej głowie. Czy to kwestia emigracji? A może panującego zimna? Krótkich dni? Jak znam życie, wszystko naraz. Pobudki w kompletnych ciemnościach, bo przecież Antek nie kuma jeszcze, że jak jest ciemno, to mamie się wstać nie chce, choćby była już nawet 8:00. Dni wypełnione monotonnymi czynnościami. Nawet spacery mnie nie ratują, bo zimno jest i wcale wychodzić się nie chce. Antolek ostatnio ma dość leżenia w wózku i po godzinie wycieczki zaczyna się na serio wkurzać, stękać, kwękać, pitulić i miągwić, że to mu już kompetnie nie pasuje. Więc i mi przestały pasować długie wyjścia, bo to żadna radość jest lecież pędem przez miasto z krzyczącym Antkiem w wózku.
W dodatku nie ma tu za bardzo gdzie iść na spacer z takim maluchem. Najbliższy sensowny park jest godzinę drogi od domu, a - jak już pisałam wyżej - spacer dłuższy niż godzina... no, dajmy na to półtorej, może skończyć się niefajnie. A szkoda, bo zabierałam tam Antolka i karmiliśmy kaczki, gołębie, mewy i łabądki. Antoś był zachwycony wrzeszczącym ptactwem na wyciągnięcie łapki, a ja byłam zachwycona zachwytem Antka: te jego szeroko otwarte ze zdziwienia oczy i paszcza, też otwarta, z której miarowo kapie ślina. :P Na razie więc nic z tego. W zamian "spacery" przerodziły się w zwykłe łażenie na zakupy, od sklepu do sklepu, w centrum miasta, gdzie jest głośno, tłoczno i gdzie Antek męczy się, a my z nim. :/
Zimno na dworze i brak ciekawych miejsc powoduje, że kisimy się w domu. Gdzie zresztą też nie jest najcieplej, bo takie tutaj niestety mają domy. :/ Nudzę się i ja, i Antoś. Ileż można leżeć na tym kocyku i bawić się grzechotkami czy innymi grającymi/szeleszczącymi zabawkami? Gdzie nowe wyzwania, nowi ludzie? Znajomych tu jak na lekarstwo, a i tak wszyscy ciągle w pracy i spotkać się można tylko wieczorami. A wieczorem Antosia trzeba wykąpać i naciumkać do snu, i koło się zamyka - nie widujemy tu często gości. Z nostalgią myślę o Poznaniu, gdzie niedawno naszym zaprzyjaźnionym sąsiadom urodziła się córeczka i teraz byłoby jak znalazł - wspólne rozmowy o dzieciach, spotkania we czwórkę... a w zasadzie w szóstkę, wliczając szkraby. Ale co? Nie ma nas tam.
Wiem, że marudzę. No ale muszę i już. Odliczam dni do wiosny - może więcej słońca i cieplejsze dni nastroją nas pozytywnie do świata. Na razie staram się dzielnie trzymać na tej emigracji, ale i tak średnio co drugi dzień łapię "doła", że po co nam to było. Ale wiadomo - pieniądze. Przekleństwo. Więc zaciskam zęby i bawię się z Antkiem po raz enty grzechotkami i grającymi/szeleszczącymi zabawkami, biegnę z nim na zakupy, karmię i tulę. I chcę już wiosnę.