środa, 3 sierpnia 2011

Halo, halo, Mietku!

   Chusta ostatnio wychodzi nam już bokiem. To nawet nie to, że nie chcemy już nosić z Adamem Antka, tylko że niekoniecznie już w chuście. Motanie tego ponad czterometrowego kawałka materiału robi się już męczące, potrzeba czegoś prostszego w obsłudze, co przydałoby się na wycieczkach np. w góry. Czyli - nosidło.
   Moja koleżanka, mama rocznej córeczki, kupiła sobie niedawno mei-tai'a. To takie miękkie, azjatyckie nosidło: prostokąt + 4 doczepione do niego pasy. O niebo prostsze i szybsze do wiązania niż chusta, łatwo zawiązać sobie dziecko na plecach, no i po prostu ładne są te nosidła. ;) Znalazłam dwie strony internetowe, gdzie zwykłe-niezwykłe kobiety szyją takie "mietki": TULIKOWO oraz PATHI . Pierwsza strona urzekła mnie od razu, nawet napisałam maila do autorki z pytaniem, czy nie zechciałaby uszyć i dla mnie nosidła. Jednak strona od ponad roku nie jest aktualizowana, pani nie odpisała, a z jednego forum chustowo-nosidłowego dowiedziałam się, że już nie szyje nosideł, niestety. W sumie straszna szkoda, bo ma prawdziwy talent i niesamowite pomysły.
   Zatem udałam się pod drugi adres. Trochę się obawiałam takiego zamawiania on-line: wybierasz sobie kolory ze zdjęcia, a cholera wie, jakie one będą w rzeczywistości. No i trzeba autorce przedstawić swoją koncepcję na nosidło - jakie wzory chcemy, jakie tło, jakie pasy, jakie to i tamto... Trochę głowa pęka od ilości rzeczy do wyboru. Ale - jak zawsze - nie taki diabeł straszny. :) W kilku mailach udało mi się z autorką ustalić wszystkie istotne detale, potem przyszło trochę poczekać, aż dziś dostałam w końcu zdjęcia mojego gotowego nosidła! Kolory ponoć nie do końca są adekwatne z rzeczywistością - tło jest brązowe, choć zdjęcia sugerują czerń - ale dla mnie jest PIĘKNE! Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu je dostanę (czytaj: w połowie miesiąca, gdy przyjedziemy do Polski na antkowy "roczek"). Od jutra jeszcze 2 tygodnie do wylotu, odliczam, odliczam...
A tak wygląda (nosidło jest dwustronne):

   Antek swoją premierę 'mietkową" już miał, wiązałam go w "mietku" koleżanki, na plecach - macie pojęcie, jakie to jest wygodne? Ponad 11-kilogramowy Antoś wydaje się ważyć znacznie mniej, gdy nosić go na plecach właśnie. Jemu się chyba też spodobało, bo  ostatecznie zasnął wtulony gdzieś pomiędzy moimi łopatkami. ;) Chuście mówimy "pa-pa". Służyła dzielnie jakieś 11 miesięcy.
   Adam przyznaje, że nosidło jest śliczne, ale nie dla niego - on chce coś, co ma sprzączki i klamerki i przypomina bardziej plecak. Znaczy - męskie takie, nie kawałek "szmaty" z paskami. :P Na szczęście PATHI szyje też nosidła ergonomiczne, więc chyba z zamówieniem udamy się pod ten sam adres, co z MT. I wszyscy będą zadowoleni. No... może oprócz mojej mamy, która długo pewnie jeszcze nie będzie mogła przeżyć faktu, że jej wnuczek nie ma swojego wózka. :P Po cichu jednak liczę, że "mietek" urzeknie ją pięknem. No bo piękny jest po prostu. :)

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Pieluszkarnia

   Przenoszenie bloga to ciężka orka na ugorze, ale można w ten sposób odnaleźć sporo ciekawych wpisów i komentarzy. I nadrobić zaległości. Bo dawno, daaaawno temu, obiecałam napisać, jak nam idzie z pieluszkami wielorazowymi, a nic nie napisałam. Będzie teraz, już trochę z perspektywy czasu.
   Kupiłam cały zestaw Naughty Baby, 18 sztuk, w różnych kolorach. Od razu napiszę, że zakup się nie sprawdził. I nie, nie chodzi o to, że wielorazówki są "be". Te konkretne, czyli właśnie Naughty Baby, nie zdały u mnie egzaminu z kilku powodów:
- odciskające się gumki na udach Antka: zastanawiałam się, zwłaszcza pod koniec ich użytkowania, gdy Antek miał jakieś 5 czy 6 miesięcy, czy go to nie boli.
- przeciekanie bokami: pieluszki wielorazowe mają to do siebie, że trzeba je zmieniać częściej niż pampki, bo dziecko nie ma "zawsze sucho, zawsze pewnie". :P Ale NB po prostu były zawsze mokre na bokach, w pachwinach, i po tym można było poznać, że czas na przebranie. A przebierałam średnio co godzinę, czasem co półtorej, także to raczej nie była kwestia higieny, tylko słabej jakości tych pieluszek. Przeciekająca pielucha moczyła każdego bodziaka i spodenki, jakie Antek miał na tyłku, więc trzeba go było przebierać sto tysięcy razy dziennie. Pralka chodziła non stop.
- osiemnaście pieluch to jest tak na styk, jeśli chce się prać co drugi dzień. Dwadzieścia byłoby znacznie lepsze, albo i więcej. No chyba że ktoś pierze każdego dnia, ja nie.
- dla mnie opcja kieszonka chyba jednak nie jest taka fajna. Ale to wiem już po czasie, przy zakupie wydawało mi się, że tak jest wygodniej i szybciej w obsłudze.

Generalnie nie polecam tej firmy. Po porażce z pieluszkami NB przewertowałam całe forum pieluszkowe i wyszło, że trochę się porwałam bez sensu na cały zestaw z jednej firmy od razu. Że to się chyba nikomu nie sprawdziło. Że na początek lepsze są zwykłe tetry + otulacze (takie majteczki, które nie przemakają, zakładane na tetrę), bo otulacza nie trzeba wymieniać przy każdym przebraniu (no chyba, że się zabrudzi kupongiem, wtedy nie ma rady :P), a tetry można kupić mnóstwo i wychodzi taniej. I prać można nawet i co trzeci dzień. Ale to wiem TERAZ. Niestety.

   Wniosek ogólny dla mnie z całego tego doświadczenia płynie taki, że za mało się zapoznałam z tematem i rzuciłam na "kolorki". ;) Mój błąd. Pieluchy już dawno są na Antka za ciasne, ale on też jest wyjątkowo duży. Producent się zarzeka, że te pieluszki mają starczyć na cały okres pieluchowania. Nam nie starczyły. Teraz "jedziemy" na pampkach, które są wygodne, bo prać nie trzeba, ale generują tony śmieci. No i co rusz trzeba je targać ze sklepu, bo schodzą nad wyraz szybko. Jest to wkurzające, ale z drugiej strony dla kogoś może być wkurzające pranie pieluch. Dla mnie pranie było ok, gdy byłam w Polsce. Tutaj mieszkanie mamy mikroskopijne, pralka chodzi głośno jak czołg i nie ma tego gdzie suszyć. Więc może i lepiej, że teraz te pampki mamy. Antek już pewnie nawet NB nie pamięta, na zdjęciach się tylko zachowały.

    Przy drugim dziecku może spróbuję jeszcze raz, ale bardziej "z głową". Zresztą nie wiem. I jedne, i drugie pieluchy mają swoje "za" i "przeciw". Ta porażka pieluszkowa trochę mnie zniechęciła, głównie ze względów finansowych (na NB wydałam ponad 500zł, a teraz i tak kupujemy pampki :/). No zobaczymy. Moja koleżanka nadal stosuje wielorazówki u swojej ponad rocznej już córeczki i sobie chwali. Ale ona ma zupełnie inne niż ja miałam. No mam mieszane uczucia po prostu. Idea jest fajna, ludziom się sprawdza, ale mi się akurat nie udało. I chyba tyle z remanentów, czas pisać bloga na bieżąco, bo się "zapuściłam". :P

piątek, 15 lipca 2011

Remanenty

Najpierw trzęsienie ziemi, jak u Hitchcocka: postanowiłam przenieść bloga na inny serwis. Tak, tak, dość już Onetu. Powód jest bardzo prozaiczny i, rzekłabym, trywialny - onetowe blogi są... brzydkie. :P A mi się marzy fajny layout. Po prostu ze mnie snobka wychodzi, no, i tyle. :P
   Na razie żmudnie przenoszę notkę po notce, bo nic w przyrodzie zginąć nie może. Nie po to od 1,5 roku piszę te swoje zwierzenia matczyne, żeby mi to przepadło w czeluściach sieci. A przy okazji przenoszenia notek (i komentarzy! Tak, komentarze też, jeden po drugim, kopiuj-wklej, dramat!) czytam sobie to, co pisałam i co mi ludzie pisali. Czasem to śmieszne, czasem żadne. Ale dziś trafiłam na moją Bardzo Kontrowersyjną Notkę z maja zeszłego roku o gadżetach dla niemowląt, kosztach i dlaczego uważam to wszystko za zupełnie zbędne. Komentarze też czytałam (i przeniosłam, 127 bodajże!) i postanowiłam zrobić małe podsumowanie po prawie roku mamowania, czyli: co FAKTYCZNIE się przydało, a co nie, i dlaczego.

1. Zapas używanych i (paru) nowych ubranek w rozmiarach od 56-74, ponad 100 sztuk, w tym czapeczki, skarpetki i łapki-niedrapki: przydały się bardzo. Gdybym miała kupić to wszystko nowe, to chyba bym z kredytów do dziś się musiała tłumaczyć. Antek wyrósł z tych rzeczy w 5 miesięcy. Ale też moje dziecko nigdy do najmniejszych nie należało. Córka koleżanki do dziś (a kończy zaraz 8 miesięcy) chodzi (a raczej leży) z powodzeniem w sweterku rozmiar "0-3 miesiące". :P Ubranka, po wstępnej segregacji i wywaleniu tych, które naprawdę były niefajne, zostały spakowane w wielkie worki i czekają na kolejne kaczątka w rodzinie. Nawet jakby się nam miały same córki teraz rodzić, to swoje pierwsze miesiące życia spędzą w bodziakach i pajacach z misiami i autkami, bo mi się kompletnie nie widzi kupowanie nowych "dziewczęcych" ubranek (zapewne różowych, bo wybór kolorystyczny dla dziewczynek jest żaden) dla bobasa, który nawet dobrze jeszcze nie widzi. :P A potem się zobaczy. Obecnie Antol ma już wszystko nowe, ale nadal nie z "Mothercare" czy innych cudów-niewidów. Normalne, ładne, nie zawsze nawet niebieskie. :P

2. Używany fotelik samochodowy: jak wyżej - był super i teraz leży i czeka na lepsze czasy, bo Antek jest na niego za duży. Straszono mnie w komentarzach zagrożeniem dla dziecka, że taki używany to może być "powypadkowy" (cokolwiek to oznacza... co - wyklepali mu blachy i puścili w drugi obieg?), że co ze mnie za matka. No taka, jak widać - dziecko żyje i ma się aż za dobrze. :P

3. Wózek - mieliśmy dwa: jeden w Polsce (już sprzedany), drugi w Dublinie (już sprzedany). Tak - nie mam wózka dla dziecka! Szok i kosmos! :P Nie wydałam na wózek ciężkich pieniędzy, co okazało się o tyle rozsądne, że Antek wózków nienawidził. Więc i sprzedać mi nie było żal, bo się do nich emocjonalnie nie przywiązywałam: że to takie cudo z bajerami za bogowie-wiedzą-ile pieniędzy, a ja teraz mam obcym oddać. Chociaż teraz chodzi za mną jakaś lekka spacerówka-parasolka MacLarena, ale sama jeszcze nie wiem, czy za mną chodzi, bo wszyscy mają, więc wypada mieć, czy faktycznie potrzebuję tego czegoś. :P

4. Chusta - ponoć mogłam nią zadusić dziecko, a w ogóle to moje plecy i kręgosłup tego nie wytrzymają, że już o kręgosłupie Antka nie wspomnę. Toż to czarna rozpacz - dziecko takie omotane, zamiast sobie leżeć w wózku. Antek zamotany pozwala się nosić już 11 miesięcy. Zaczęliśmy zaraz po zagojeniu pępka (wcześniej miałam lęki, że mu coś uszkodzę z tym pępkiem, a że można przecież nosić dziecko też na leżąco, to jakoś nie wpadłam :P) i trwamy do teraz. Chociaż chusta nam już coraz mniej pasuje, Adam coś przebąkuje o ergonomicznym nosidle, mi się znowu ostatnio podobają mei-tai'e, nawet się z Antkiem zawiązaliśmy w takiego "mietka" u koleżanki, która sobie to coś kupiła dla swojej córeczki - powiem wam, że o niebo prostsze w zastosowaniu niż chusta i świetnie się sprawdza przy noszeniu dziecka na plecach! A mi się właśnie takie noszenie ostatnio marzy, a w chuście się jakoś cykam, nie umiem tego dobrze dociągnąć, ciągle mam obsesje, że Antek mi wypadnie, że ja go nie widzę. Także mietek konta ergo. Jeśli wózek nie przejdzie, to pewnie kupimy po prostu dwa nosidła. :P

5. Przewijak - totalnie zbędny. Ceratka z IKEI sprawdza się do dziś, choć jest już odrobinę "zużyta" (czytaj - naddarta). Ale widziałam też bardziej zaawansowane takie przenośne ceratki do przewijania i może nawet się skuszę i sobie taką zafunduję. Jeśli nie dla Antka nawet, to na przyszłość. W każdym razie przewijam Antka gdzie się da: podłoga, łóżko, ławka w parku itd., plecy nadal żyją, masażysta jeszcze nie był potrzebny. Generalnie więcej biadolenia na temat tego, jakie to straszliwie niewygodne niż czegokolwiek innego. Dla mnie bardziej hardkorowe jest właśnie przewijanie na jakimś meblu z przytwierdzonym przewijakiem, bo to jednak na wysokości, a jak dziecko spadnie albo co? Z dywanu spaść nie sposób, jak pisał Talko w którejś ze swoich świetnych książek, a ja się z tym zgadzam. :)

6. Wyparzacze do butelek, sterylizatory itd. - nie mam. Bo karmię piersią. W ogóle uważam, że listy wyprawkowe, które się zamieszcza w różnych poradnikach i ulotkach dla przyszłych mam są jakieś tendencyjne. Ponoć stawia się w Polsce na karmienie piersią, a do tego - jak sama nazwa wskazuje - potrzebne są głównie piersi. To po cholerę mi wyparzacz? Cycki mam sobie wyparzać przed karmieniem? Toż jasne jest, że takie cudo służy do butelek. Ale po co butelki, jak karmić trza piersią? Stąd tendencyjność - od razu zakłada się, że butelka MUSI BYĆ, a jak butelka, to i cała reszta akcesoriów. Jakoś tego nastawienia pro-piersiowego nie widać. A ponoć gdzieś też jest terror. :P W każdym razie jakieś butelki w domu miałam - dostałam za free wraz z jakimiś próbkami kosmetyków itd.

7. Termometr do wanienki: tak, są też takie wanienki od razu z wbudowanym termometrem. Kosztują oczywiście więcej niż takie bez, choć do takiej bez można sobie przecież dokupić termometr pływający w kształcie np. kaczuszki (zgadnijcie, jaki ja mam :P), za jakieś grosze po prostu. Na to samo wychodzi, a taniej. Z tym, że po jakimś czasie i tak już się wie, jaka ta woda ma być i termometr w ogóle nie jest do niczego potrzebny. Jakaś mama mnie w komentarzu ostrzegała, żeby dziecka nie ugotować niechcący, że bez tego termometru to Sodoma i Gomora może być. Doświadczenie mi jednak mówi, że zwykle woda u nas była za chłodna raczej niż za ciepła i jeśli już, to można dziecko wychłodzić (noworodki zwłaszcza reagują gwałtownie, bo to szok termiczny po cieplutkich wodach płodowych z brzucha mamy). A poza tym taki pływający termometr jest fajną zabawką do kąpieli dla malucha. :)

8. Łóżeczko dla dziecka, pościel itd. - pościeli nie kupiliśmy, łóżeczko owszem, bo nam się wydawało Super Niezbędne. Antek nas szybko wyprowadził z błędu w tej kwestii, odmawiając w drugim czy trzecim miesiącu spania w łóżku w ogóle. Kiedyś na początku po wieczornym karmieniu, odkładałam go do łóżeczka i on tam sobie zasypiał, a gdy się budził w nocy - Adam go przenosił do nas i resztę nocy spał z nami. Chyba mu się to przenoszenie wydało w końcu idiotyzmem. :P Odtąd śpi z nami cały czas i na razie nic nie zapowiada zmiany, a Adam już dawno przestał marudzić na ten temat i mówi, że mu się świetnie z Antkiem śpi. :P Łóżeczko muszę sprzedać też, bo drugie dziecko po prostu od razu będzie spało z nami, bez ceregieli.

9. Kosmetyki za dziecka: zasypki, pudry, oliwki, kremy itd.: z tego wszystkiego, to mam krem. Choć w zasadzie dziś akurat nie mam już, bo się skończył. :P No i płyn do kąpieli. I tyle. Mam też od groma próbek Sudocremu, chyba z 8 takich małych opakowań, z czego nie zużyłam przez te 11 miesięcy nawet jednego takiego maleństwa. Także kupować nie musiałam, rozdają to na prawo i lewo. Żadnych pudrów ani zasypek Antek na oczy nie widział i na skórze swojej nie testował. W ogóle nie wiem, do czego by się to miało używać.

10. Pieluszki: po Huggiesach dla noworodka, krótkiej przygodzie z wielorazówkami, teraz używamy... Pampersów! Tak - zarzekałam się, że za drogie i w ogóle. Ale tutaj cena jest w miarę ok, zawsze zresztą polujemy na promocje. Przeciekają jak wszystkie inne pieluchy, zwłaszcza jak kupong jest bardziej wodnisty, ale widzę komfort w dotyku: są bardziej miękkie, elastyczne niż tańsze wersje z Bootsa. Z utęsknieniem czekam jednak dnia, gdy Antonio przestanie używać jakichkolwiek pieluch, bo z tego jest tyle śmieci, które trzeba non-stop wywalać... 3/4 śmietnika to antkowe pampki.

11. Chusteczki nawilżane: ponoć ekologiczniej po prostu wodą przegotowaną przemywać dziecku pupkę, zanurzając w niej wacik. Może. Mi się wody nie chce gotować i cudować, więc "jedziemy" na chusteczkach, jak znaczna większość ludzkości. Na jakichś najtańszych, jakie tu są - różnicy w skórze Antka nie widzę żadnej, a w portfelu i owszem, bo idzie tego cholerstwa miesięcznie sporo, niestety. Akurat marka Pampers jest tutaj moim zdaniem beznadziejna - za małe te chusteczki, przez co więcej ich trzeba zużyć, więc wychodzi drożej i bez sensu.

12. Bujaczek - "odziedziczyłam" go wraz z mieszkaniem, które teraz wynajmujemy, bo wcześniej tu też mieszkało młode małżeństwo z synkiem. Synek wyrósł, bujaczek został, więc Antek z niego korzystał. Czy sama z siebie bym kupiła? Nie wiem, pewnie nie. :P Natomiast bujaczek był ok przez dłuższy czas, znacznie lepiej Antol znosił siedzenie w nim niż leżenie plackiem na podłodze: lepiej wszystko widział i wiedział, gdzie się przemieszczam. No i nóżkami można sobie tak fajnie pokopać, a to coś się rusza i buja! Radość dziecka wielka. :) To tak z cyklu: jak dziwnym trafem miałam coś, czego kompletnie nie planowałam, a co się sprawdziło.

Więcej kontrowersji nie pamiętam. Ale pewnie jeszcze kilka popełnię. :P

Nowy blog TUTAJ. Na razie nic nowego tam nie ma, nadal się "przeprowadzam", kopiuj-wklej, kopiuj-wklej...

poniedziałek, 11 lipca 2011

Mały krok dla ludzkości, duży dla Kaczorka :)

Dziecię me rozpoczęło etap testowania: jak to jest z tym samodzielnym chodzeniem. :) Ilość samodzielnie wykonanych kroczków z każdym dniem się powiększa: jeszcze z tydzień temu były to raptem dwa kroki-nie kroki, wykonane w pół-rzucie w stronę maminych ramion. Potem zrobiło się z tego 4 kroki. Ostatnio jest już osiem z rzutem w stronę mamy albo cztery, ale ukończone nadal samodzielnym staniem w pionie. ;) Zabawa stała się na tyle interesująca, że Antol uskutecznia ją już nawet na placu zabaw, rzucając się w ramiona niczego nieświadomych dzieci. :P Dzieci zwykle uciekają albo Antka odpychają - jakieś takie nietowarzyskie, czy co? :P Grunt, że młody się nie zniechęca. :)
   Gdy Antonio nie ma ochoty raczkować i chce się gdzieś dostać na dwóch nogach, a wie doskonale, że tak daleko sam jeszcze nie zawędruje, szuka moich rąk, na których przecież można się tak fajnie podeprzeć. :) W chwycie za dwie ręce bobas już w zasadzie biegnie, a nie idzie, za jedną rączkę ślicznie człapie swoimi małymi nóżkami. I to nie jest tak, że ja go prowadzę za ręce - Antek sam podaje mi swoje rączki do trzymania, a w zasadzie to łapie moje ręce i zaczyna iść, a ja muszę za nim nadążyć. Kierunek i tempo nadaje mały, ja robię tylko za oparcie. :P Próby sterowania Antkiem sprawdzają się z rzadka i tylko w sytuacjach, gdy cieszy go samo chodzenie. Jeśli natomiast bobas sobie upatrzy jakiś cel (czytaj: papierek błyszczy się w trawie, leży puszka po piwie/coli/itp.), to nie ma zmiłuj. Zmiana trasy owocuje buntem na pokładzie, tupaniem, machaniem łapkami, krzykiem... no wiecie - cały pakiet pod tytułem: "Jestem na NIE". ;)
   Nie muszę chyba pisać, że jestem zachwycona każdym kolejnym krokiem bez wspomagaczy? :D

sobota, 2 lipca 2011

Chorzy, chorszy

No i choroba dopadła i Antka, i mnie: kaszlemy nieco, z nosów leją się nam dwie Niagary, mi dodatkowo łzawi przewlekle prawe oko (pewnie od tego kataru).
   W związku z katarem Antek ma utrudnioną opcję ssania maminej piersi, no bo jak to zrobić przez zatkany nos? A wyczyścić aspiratorem sobie nie da, albo będzie krzyczał w spazmach i protestował straszliwie. Więc czyszczę tylko dwa razy dziennie: po przebudzeniu i na wieczór, żeby chociaż usnął jakoś w miarę bezproblemowo.
    Za to ja w związku z katarem znów zafundowałam sobie krew z nosa. :/ Ale ja już tak mam z tym nosem, i wiem o tym nie od wczoraj. Niemniej zawsze wkurzam się tak samo, bo sam katar jest już wystarczającym utrapieniem i sterczenie w pozycji pochylonej nad umywalką z kapiącą juchą z nosa na pewno mi niczego nie ułatwia.
    Pomarudziłam i znikam. Bez odbioru na razie.

środa, 29 czerwca 2011

Dwójki

Z tego wszystkiego nie zanotowałam ważnej wiadomości: Antol ma już kolejne dwa zęby, dolne dwójki. Ta z prawej strony wychodziła baaaaardzo długo, chyba ze 3 tygodnie. Jak się w końcu przebiła, to zaraz pojawiła się też jej koleżanka z lewej strony. ;) Także 8 zębiszczów za nami, jeszcze tylko 12, bagatela. :P

   Nastrój nadal do bani, żeby gorzej nie napisać. Pogoda pod psem dokłada mi swoje, niestety. Chodzę i warczę na Antka, który miągwi straszliwie: odreagowuje wyjazd + złapał na tym wyjeździe jakiś katar i cieknie mu z nosa, coś tam z lekka pokasłuje i ciągle chce do cyca, na ręce, tuli-tuli itd. Dobrze, że ugotowałam wczoraj wielki gar zupy, który możemy teraz jeść przez 3 dni, bo inaczej bym się chyba zastrzeliła, jakbym miała jeszcze ogarniać kuchnię przy tym wszystkim.
   Niestety, przez wzgląd na infekcję apetyt Antka spadł do zera (mam na myśli jedzenie inne niż mleko mamy, bo tego nigdy za wiele), jedzenie z tacki znów w 99% ląduje na ziemi, a Antonio dobitnie i głośno obwieszcza światu, że on już jest po posiłku, podczas gdy ja dopiero zjadłam dwie łyżki. :/
   Brak mi dziś jakiegoś dobrego wydarzenia, czegoś pozytywnego. Ani na spacer, bo leje, bawić się Antonio jakoś w nic nie chce, sporą część dnia przespał wtulony we mnie, więc ja - siłą rzeczy - byłam uziemiona przez ten czas. I, żeby dobić się kompletnie, jakaś wysypka młodemu wylazła na plecach i ramionach. Winowajca na razie nieznany, poszukiwania już rozpoczęte, ale póki nie znajdę tego cholerstwa, nici z moich kulinarnych eksperymentów. :/ Damn, damn, damn.
   Dziś jestem bardzo nie-optymistyczna. Bardzo.

wtorek, 28 czerwca 2011

Bobas wysokogórski i gorzkie żale

Poza dojrzewającą gotowością do chodzenia i powolnymi ćwiczeniami samodzielnego stania, Antek staje się dzieckiem wspinającym na wysokości. Zaczęło się od podciągnięcia do okna, opierając nogę o rolkę papierowych ręczników, potem jakaś nieśmiała próba wdrapania się na kanapę, teraz Antek doskonali technikę wchodzenia i schodzenia z takiego małego stoliczka/tacki na nóżkach, przy którym kiedyś bawił się na siedząco. :P
   No i pięknie wchodzi na czworakach po schodach. :) Kacza mama jest baaardzo dumna. :)

   Przez 3 dni nas nie było w domu, bo wybraliśmy się ze znajomymi na wycieczkę. Od totalnej katastrofy uratowało nas zdobycie w końcu ostatniego dnia jednego szczytu i obejrzenie Opactwa w Kilemore, ale po drodze było źle, i coraz gorzej. Pogoda iście irlandzka, czyli wieje i leje, Adama zapędy, żeby obejrzeć absolutnie WSZYSTKO, co tylko można, co zaowocowało siedzeniem non-stop w samochodzie i zabawianiem Antka na dwa miliony sposobów w tymże aucie właśnie. To pierwszy dzień. Drugiego deszcz i mgła wygnała nas z góry, którą zamierzaliśmy zdobyć, potem znów w samochodzie w drodze do Opactwa, potem złapaliśmy gumę, potem nie można jej było naprawić, bo niedziela i wszystkie warsztaty w okolicy zamknięte, potem chłopaki próbowali zmienić koło i przy okazji mój małż zatrzasnął kluczyki od samochodu w bagażniku, z Antkiem śpiącym wewnątrz auta (szok!). Na szczęście drzwi od samochodu otworzył nam pan pracujący na terenie opactwa, bardzo sprawnie operując kawałkiem drutu (Antek przespał całą akcję, ku mojej wielkiej uldze, ale i tak się poryczałam z nerwów). To drugi dzień. Trzeciego natomiast słońce wyszło w końcu, fundując mi udar cieplny na koniec dnia. Za to Antek ostatecznie odmówił siedzenia w samochodzie, spać też nie chciał, więc większość drogi powrotnej z Galway do Dublina przepłakał i przekrzyczał (jakieś 1,5h), a ja bezskutecznie go głaskałam, całowałam i mówiłam do niego, moje serce pękało na coraz więcej maleńkich kawałeczków, do tego ból głowy, głupie komentarze znajomego, który był z nami na tej wycieczce... No dramat po prostu. :( Dzisiejszy dzień odchorowuję, głównie psychicznie, i sobie obiecuję, że moje dziecko nie będzie jechało autem już NIGDY, a przynajmniej nie dłużej niż godzinę dziennie. Ja takiego spazmatycznego płaczu mojego maluszka nie chcę już nigdy oglądać. :( :( :( Żadnych wielodniowych wycieczek objazdowych z bobasem!
   Pewnie nawet nie muszę pisać, że umęczyłam się na tej wycieczce i wróciłam zmęczona bardziej, niż wyjeżdżałam. Żadna przyjemność. :/ Żal mam przez to do całego świata, do głupiej Irlandii o pogodę, i do mojego męża za takie rozplanowanie całej wyprawy, ale nawet mi się gadać nie chce z nim o tym. Czekam, aż czas zrobi swoje i pozwoli mi zapomnieć po prostu o tym całym zdarzeniu, wrócić w tryby codzienności. Teraz już byle do sierpnia.