poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Miami

   Dziś po raz pierwszy od jakichś 2,5 lat byłam w kinie.

   Szał, co nie? :P

   Mało tego - byłam tam z mężem I Z ANTKIEM. :D Adam postanowił zrobić mi mega-niespodziankę i kupił dla nas wszystkich bilety na popołudniowy seans najnowszego "Step up 4: Miami heat" (w polskich kinach tłumaczony jako "rewolucja", bogowie raczą wiedzieć, dlaczego i po co...). Film jest naprawdę dobry, jeśli chodzi o filmy taneczne (a widziałam ich sporo, bo na punkcie tańca mam małego hopla z przerzutką). O niebo lepszy, niż Step Up 2, i o jakieś 4 nieba lepszy niż Step Up 3, który był żenująco byle jaki. Ten film ma naprawdę dość spójną fabułę (a czasem o to bardzo trudno w tanecznych filmach :P) i świetne choreografie!
   Nie tylko ja byłam zachwycona - Adam i Antek też! Młody wytrzymał niemal cały film bez wiercenia się i zniechęcenia, najbardziej mu się podobało, jak tańczyli, bo reszta filmu (dialogi, i to po angielsku) są jeszcze poza jego zasięgiem ogarniania. ;) Ale taniec super, nawet głośna muzyka mu nie przeszkadzała (a zazwyczaj nie lubi, jak jest za głośno).
   Dobrze, dobrze... Czym skorupka za młodu itd. ... Sasasa! Mam niecny plan "zarazić" moje dzieci pasją do tańca i - jeśli będą chciały (będą, prawda? *oczy kota ze Shreka*) - posłać je do klubów tanecznych, żeby mogły swoją energię spożytkować ucząc się czegoś fajnego przy okazji. Styl jest mi w zasadzie obojętny, choć ja bardzo kocham taniec towarzyski i salsę, ale dobry hip-hop też nie jest zły. ;)
   I tym optymistycznym akcentem kończymy pierwsze dwa latka życia Dziabąga. :) Bo to już jutro (w zasadzie to nawet dzisiaj, bo piszę to po północy, ale Antoś urodził się 18:35, więc jeszcze nie ma tych dwóch lat w pełni :P).

Nocnik nie parzy

   A jednak moje dziecko przekonuje się też do nocnika (choć kibelek dla dużych ludzi jest i tak najfajniejszy :P). Dziś przed kąpielą normalnie usiadł na nim i zrobił wieczorne siusiu do nocnika właśnie, zamiast - jak zwykle - do wanny pełnej wody do kąpieli. ;)
   Choć, dla odmiany, wczoraj w ogóle temat robienia siusiu gdziekolwiek poza pieluszką nie istniał. Ale małymi kroczkami...
   Wieczorne sikanie idzie nam znacznie lepiej niż poranne, choć tutaj też mógłby być wielki sukces, gdybym nie była tak śpiąca zawsze z rana (ach, te uroki końcówki ciąży). Zwyczajnie nie chce mi się zwlec z łóżka i pójść razem z dzieckiem do kibelka. A wiem, że pieluszka po nocy jest niemal sucha i NA PEWNO będzie wielki sik z samego rana. Na razie jednak jest to nadal sik w pieluszkę.
   Zobaczymy, co będzie jutro. :) Na razie dwa trafienia w ciągu 3 dni zaliczone. Jestem bardzo podekscytowana, a to tylko sikanie, na bogów! :P

czwartek, 9 sierpnia 2012

Gotuj z Kaczorkiem!

   Moje dziecko uczestniczy w życiu rodzinnym w pełni od zawsze. Je z nami, to co my, gotuje też z nami. Jak był jeszcze całkiem małym brzdącem, to świetnie mu było na moim biodrze, w chuście, obserwować, co też mama wyczynia tam, na blacie. Z podłogi kompletnie nic nie widać, to się dziecko denerwuje, że mama na nie nie patrzy, tylko tyłem stoi odwrócona... Ale jak u mamy na rękach - to już super! :D
   Więc tak sobie bobas patrzył i patrzył, aż zapragnął smakować. Dawaliśmy mu więc do łapki kawałki tego, co akurat było w przygotowaniu. Pojawiły się tak "niebezpieczne" rzeczy jak cytryna (w 8 lub 9 miesiącu, WBREW tabelkom!), ostra papryczka jalapenos i co tam kto sobie jeszcze zapragnie. Bobas się super rozsmakował w tych cudach i przeszedł płynnie na następny level - on chce POMAGAĆ. :)
   Więc od sama-nie-wiem-kiedy Antoś ze mną gotuje. Sadzam go na blacie w kuchni i wyciągam sprzęty, jedzenie. W użyciu są NOŻE, ale jakoś nigdy Antoś ich specjalnie nie chciał łapać, a jeśli chciał, to mówiłam, że to ostre, że "ała" będzie w paluszek, że to na razie tylko dla mamy, co Dziabąg przyjmował do wiadomości bez protestów. Za to mógł wrzucać pokrojone warzywa do garnka (część zjadając gdzieś po drodze), mógł wlewać wodę do miski, wsypywać mąkę lub płatki zbożowe, mieszać wielką łychą w garnku (byle powoli, żeby gorąca woda nie chlapała na wszystkie strony, bo będzie "ała") i w ogóle wiele rzeczy robić. I Antoś robi to całkiem dobrze, chociaż oczywiście cały proces przygotowania potrawy trwa wtedy dłużej...
   Na tapecie od dobrego miesiąca albo dwóch są naleśniki - absolutny faworyt mojego dziecka, ponieważ Antoś przygotowuje je niemal w 100% sam: wlewa mleko i wodę, sypie mąkę, trochę soli, jajko jeszcze ja mu wbijam, bo on wrzuca wraz ze skorupką, ale to tylko kwestia czasu i praktyki... a potem wyciągam dla niego robota kuchennego z mieszadłami, Antoś te mieszadła wsadza w stosowne otworki, wkładamy kabelek do kontaktu ("mama" - Antoś jeszcze nie umie, zawsze prosi, żebym ja to za niego zrobiła), a potem trzyma tego robota w rączce i miesza. Sam sobie umie go włączyć. Mieszanie nie jest może szczytem idealności i zwykle poprawiam po swoim pierworodnym, żeby konsystencja była cokolwiek bardziej jednolita, ale jednak dziecko miesza. :) I się cieszy, że mu tak śmiesznie rączka drży od wibracji robota. ;)
   Potem czas posmarować patelnię oliwą (ja leję oliwę, Antoś smaruje specjalnym pędzelkiem), Antolek nalewa ciasto na patelnię wielką (jak dla niego) chochlą i prawie nie rozlewa. Podrzucam ja. Zjada on. :) Sam sobie jeszcze oczywiście musi polać naleśnika syropem klonowym albo miodem. Czasem do tego jest rozgnieciony banan. Po dwóch naleśnikach moje dziecko mówi "nie-e" i wstaje od stołu. :)
   Mam wrażenie, że prosi o naleśniki tak często ostatnio właśnie dlatego, że fascynuje go i cieszy cały proces ich przygotowania, oraz fakt, że on w tym wszystkim na serio uczestniczy. Że ma poczucie sprawstwa. I że widzi, że ja go nie strofuję, nie ograniczam, a wręcz zachęcam, żeby zrobił to wszystko sam i wierzę, że on to zrobi. :)
   Drugą "flagową" potrawą mojego dziecka jest koktajl bananowo-owsiany, który w zasadzie też przygotowuje całkiem sam. Najbardziej lubi, jak już wszystkie składniki są w mikserze i można w końcu wcisnąć guzik i wtedy wszystko tak szybko wiruje i się miesza. :D
   Mały kaczor tak szybko uczy się tego wszystkiego, że na trzecie urodziny tort chyba sobie sam upiecze. :P A na razie ja muszę jakiś fajny przepis znaleźć...

środa, 8 sierpnia 2012

Abstrakcje w życiu prawie-dwulatka

   Antolek pojmuje już abstrakcyjne koncepcje, takie jak zabawa "na niby" - że te warzywa i owoce do krojenia, to są z drewna i nie da się ich zjeść, ale można UDAWAĆ, że się je je, częstować nimi mamę i tatę i to też jest fajna zabawa. Antoś kroi i rozdaje: "mama, tata, ja". Każdy ma swój kawałek np. drewnianego chlebka. :P I przykładamy te nasze chlebki do buzi, robimy wszyscy "mniam, mniam" i jest śmiesznie. I Antoś wcale nie oczekuje, że to NAPRAWDĘ zjemy. On sam też tego nie je, tylko tak sobie wkłada do dziobka i niby-gryzie. A potem mi oddaje, żebym posklejała pokrojone niby-warzywa rzepami, a on sobie kroi od początku i częstuje po raz wtóry: "mama, tata, ja".

   Ostatnio Antoś załapał, że "mama" i "tata" to nie są jedyne określenia dla mnie i Adama, że my mamy IMIONA. I że tymi imionami też można nas wołać, i my zareagujemy. Więc pojawiło się "Ada" albo "Adan" dla Adama oraz "Ana" dla mnie. :D Na pytanie: "A jak TY masz na imię" Antolek jednak nadal odpowiada "Ja", bo zwyczajnie nie umie wypowiedzieć jeszcze czegoś tak skomplikowanego, jak "Antoś". Śmieję się, że będziemy taką cool-nowoczesną rodziną, gdzie dzieci mówią po imieniu do rodziców, jak do kumpli. :P A tak zupełnie na serio, to jest coś niesamowitego we własnym imieniu wypowiedzianym z ust takiego małego bobasa. Coś słodkiego i cudnego. To imię takie koślawe, zniekształcone, ale ewidentnie jest.

   Zachwyciłam się ostatnio tą jego umiejętnością abstrakcyjnego myślenia, gdy bawiłam się z córką mojej koleżanki, która jest od Antka raptem o miesiąc młodsza i na pytanie: "Jak masz na imię?" patrzy na mnie wielkimi, zdziwionymi oczami "o co Ci, babo, chodzi?", po czym na wszelki wypadek odpowiada coś kompletnie bez sensu ("ctelnaście"), żeby nie było, że mnie olewa (mała dobrze "liczy", czyli zna sporo nazw liczb. Może myślała, że ja się o wiek pytam? :P) I sobie pomyślałam: qrcze, to jest jednak COŚ, że to moje małomówne dziecko w tym swoim malutkim zasobie słów ma już słowa na imię moje i męża, że ono rozumie, co to jest to imię. Że używa tych słów sensownie i celowo i że w ogóle jest taki mądry! :D

   No i Antolek rozumie na jakimś-tam swoim poziomie, że coś BĘDZIE. Że się coś wydarzy, nawet, jeśli to daleko w czasie (daleko, czyli nie za 5 minut :P). Np. że niedługo będzie miał urodziny. Że będą goście, i tort, i prezenty, i będziemy mu śpiewać "sto lat", i będzie dmuchał dwie świeczki na torcie. Zapamiętał tą informację i powtarza ją (swoim niewerbalnym "językiem", z przewagą pokazywania na siebie, wołania "ja" i robienia "pffffyyyyy", co ma demonstrować dmuchanie świeczek ;)) przy każdej okazji, gdy ktoś wspomni coś o urodzinach, świeczkach itp. Świetne to jest, bo się nam świat dzięki temu rozszerza w naszych rozmowach i mogę np. dziecku powiedzieć, że niedługo przyleci babcia do nas samolotem i przywiezie mu kaloszki, i będzie mógł skakać po kałużach, i mama wcale nie będzie się gniewać, bo kaloszki nie przemakają. ;) Więc jak tylko wspomnę coś o babci, natychmiast pojawia się motyw samolotu, kaloszy i skakania po kałużach. Antoś CZEKA. :D

wtorek, 7 sierpnia 2012

Sika

   Moje dziecko przejawia od dłuższego czasu silną fascynację toaletą.

   Nocnik? Hmmm.... A! To ten sprzęt, co od miesięcy stoi zakurzony i się tylko o niego potykamy w łazience? Mamy, mamy... chyba czas go sprzedać na Allegro. :P

   Antek jest zafascynowany działaniem normalnego, "dorosłego" kibelka. Że trzeba klapę podnieść, usiąść tam, zrobić "pupa" (kupkę) albo "sika" (siku), a potem wcisnąć guzik, żeby woda poleciała. Antoś wie, do czego służy szczotka do czyszczenia kibla i kilka razy próbował sam jej użyć (ku mojej zgrozie! Na szczęście nie bierze tej szczotki do buzi, ale dość energicznie nią sobie poczyna, więc woda chlapie poza sedes - BLE! :P). Antoś MUSI zajrzeć za każdym razem, gdy mama zrobi siku czy kupę, czy ona tam na pewno jest, po czym może spokojnie zamknąć sedes.

   (Tak, tak. Moje dziecko chodzi ze mną do toalety. W zasadzie od zawsze. W zasadzie dopiero od niedawna mi to kompletnie nie przeszkadza, bo widzę, że dzięki temu uczy się "w praktyce", o co chodzi z tym sikaniem do kibelka. Dla niego to czynność, jak każda inna. Skrępowanie jest tylko i wyłącznie po mojej stronie. A przynajmniej było.)

   Dziś po dwugodzinnym spacerze, na którym Antek "obalił" niemal cały bidon mleka ryżowego, a potem do kolacji jeszcze pół bidonu wody, ze zdziwieniem zauważyłam, że pieluszka jest zupełnie sucha. Nic, zero, nada. Ale pęcherz na pewno pełny, no nie ma zmiłuj... Znak od mojego dziecka był tak silny, że aż nie wypadało nie pójść za ciosem.
- Antoś, idziemy zrobić siusiu do kibelka?
- Ta!

   No i poszliśmy. Nocnikiem pogardził, pokazał na prawdziwy kibelek, że on chce tu. Zdjęłam mu pieluszkę, postawiłam go przed kibelkiem, ale tak mu nie pasuje - na nocnik zawsze go sadzaliśmy, zresztą mama też zawsze siada na kibelku (mąż Antka nie wpuszcza do WC, gdy sam idzie za potrzebą - a szkoda - więc na razie młody czerpie wzorce zachowań ode mnie). No to myk, Antka pod paszki, posadziłam. Powiedziałam "siusiu" i słyszę - COŚ LECI! Ha! Chwilkę tak go potrzymałam, po czym Antoś oznajmił że "nie-e, sika nie-e", czyli że już nie chce siku. Zamknęliśmy kibelek, wcisnęliśmy guzik i suchą pieluszkę założyłam bobasowi na pupkę, by mógł iść spać.

   To był oficjalny PIERWSZY ŚWIADOMY RAZ, kiedy dziecko SAMO chciało zrobić siku nie do pieluszki, i zrobiło. :D Jestem dumna jak nie wiem co! :D Chociaż przy całej akcji zachowałam "zimną krew" i nie robiłam szopki z klaskaniem i szalonym entuzjazmem. Ot - czynność, jak każda inna. ;) Ale jestem straszliwie szczęśliwa, że to się dziś tak odbyło, tak niby niedbale, bez spinki, bez "treningu", za to z pełnym świadomym udziałem mojego prawie-dwulatka, który po prostu powoli dojrzewa do rozstania z pieluszką. :) Pewnie do pełnego odpieluchowania jeszcze daleko, ale ten pierwszy raz... Ach! Dziecko mi dorasta, piękne to jest!


Słowo się rzekło...

... i oto dziś przebiła się ostatnia piątka. :D :D :D

Tydzień przed drugimi urodzinami mamy z głowy ząbkowanie! Hurrra! Oczywiście aż do momentu, kiedy mleczaki nie zaczną wypadać... mam nadzieję, że dane mi będzie zakosztować sporej przerwy pomiędzy tymi wydarzeniami. ;)

środa, 1 sierpnia 2012

Pam

Co to jest "pam"? Otóż to jest PAN. Osobnik płci męskiej, dorosły. ;) Moje dziecko zaczyna zamiast "co to?" na każdą osobę w okolicy (i na wszystko inne, na co nie umie wypowiedzieć właściwego słowa :P) mówić "pam". Na razie na kobiety też mówi "pam", na co ja - nieubłaganie - powtarzam, że to jest "pani".

Ciekawe, kiedy załapie? ;)

A dziś przy kąpieli Antoś wołał tatę "Ada!" (mój mąż ma Adam na imię). Niech się tata nie zdziwi, jak mu niedługo syn zacznie po imieniu mówić. :P