czwartek, 1 listopada 2012

Z rodziną najlepiej na zdjęciu

   Od ponad miesiąca mieszka z nami moja mama, która przyleciała tutaj pomóc nam w opiece nad dwójką dzieciaków. Bo wiadomo - początki są ciężkie, sytuacja nowa i trzeba jakiegoś wsparcia i dodatkowej pary rąk.
   I naprawdę dobrze, że ona tu jest, bo czasem to bym kompletnie nie dała rady, albo Antoś byłby straszliwie porzucony samopas, bo młoda ciągle przy piersi albo na rękach/w chuście. A tak ma się kto z nim bawić, ktoś z nim rozmawia cały czas i ogólnie jest zaopiekowany. I widać, że dobrze mu się relacja z babcią układa, chętnie się do niej przytula, całuje ją i woła do zabawy. Babcia nie ma tutaj żadnych "ważnych" spraw i na zabawę zawsze ma czas, nie to, co mama i tata. ;) Choć bywa to dla mnie też trudne - że teraz nie mam tego czasu tyle na zabawy z moim ukochanym starszym dzieckiem, że trochę jestem obok niego, a wiem, że on nadal mnie bardzo potrzebuje, bo ma ledwo 2 latka.

   Ale miesiąc z mamą to dla mnie już za długo. Jesteśmy straszliwie różne w poglądach na niemal każdy temat. Zaczynają mnie irytować jej txty do Antka, nagabywanie go do jedzenia, jakieś takie lekkie zawstydzanie w tematyce sikania do nocnika (bo nadal to są historie sporadyczne, zwykle ze 2 razy dziennie Antoś robi to siku na nocnik, reszta nadal w pampka idzie), wieczne namawianie do tego, czego babcia chce i nie liczenie się z tym, czego Antoś chce. Nie jest to jakieś hardcorowe, dlatego dopiero teraz mi to zgrzyta bardziej. Wiem, że ona chce dobrze, ale... Wczoraj miałyśmy jakąś pierwszą poważniejszą wymianę zdań, dziś mama jest na mnie obrażona i ostentacyjnie się nie odzywa. :/ Jak jakaś nastolatka z fochem, naprawdę. A chciałam porozmawiać i dojść do porozumienia, a przynajmniej wysłuchać, ale wbiła wzrok w podłogę, zacisnęła zęby i odmówiła dalszej rozmowy. I teraz w domu taka jakaś dziwna, napięta atmosfera. Na szczęście z Antolkiem bawi się dalej radośnie, tylko mnie ignoruje...

   W takich chwilach myślę sobie, że dobrze by było, żeby już poleciała z powrotem do PL. Że takie akcje mi tylko dodają stresu, którego i tak mi wystarcza póki co przy rozkrzyczanym starszaku i cycoholicznej młodej. Ale widzę też, że jej obecność jest póki co potrzebna. Chociaż, tak na dobrą sprawę, gdyby mojej mamy nie było, to MUSIAŁABYM jakoś ogarnąć się sama z Adamem z tym wszystkim, jak masa innych rodzin, i pewnie by się udało, ale może przy większej ilości nerwów, krzyków i pretensji... Nie wiem. Wiem, że ciąży mi już obecność mamy, jej ciche ocenianie mojego rodzicielstwa (pewnie w większości na "nie" jak ją znam), jej dezaprobata naszego stylu życia (za dużo szastamy pieniędzmi, jadamy na mieście czasem i w ogóle...), jej wiecznego niezadowolenia z tego, co jej ugotuję na obiad, bo ona nie lubi: kaszy żadnej, kminku, dyni, soczewicy, spagetti to jest "śmieciowe jedzenie" i jak to obiad bez ziemniaków? Ech... I takiego... zamknięcia w sobie z jej strony mam dość. Że próbujemy jej pokazać coś nowego, jakieś wycieczki proponujemy, wyjścia do kawiarni, żeby coś miała więcej z tego wylotu do Dublina niż tylko dom i dzieci, a za każdym razem słyszymy, że to takie "pierdoły niepotrzebne", że ona bez tego może żyć, że to kosztuje, a po co pieniądze na pierdoły wydawać itd. Mówimy o tym, co ostatnio czytaliśmy, słyszeliśmy, że są jakieś nowe fajne teorie o wychowaniu, żywieniu, że coś tam jest zdrowe albo bogate z białko itd., a ona to wszystko kwituje taką... obojętnością połączoną z irytacją: że dla niej to jest bez sensu, ale jak chcemy tak robić, to proszę bardzo, to nasze życie i możemy robić co chcemy, jej nic do tego.

   Chcąc nie chcąc znów stanęłam na pozycji dziecka wobec niej. Szukam akceptacji, aprobaty, jakiejś oznaki zainteresowania moim życiem, moimi pomysłami. W końcu jestem jej córką, chyba powinno ją to interesować, prawda? Ale rozbijam się o jakiś mur, który dookoła siebie zbudowała, chyba dawno już temu. Niby wiem, jaka ona jest, ale ciągle próbuję z nadzieją, że może dziś, może teraz, jak obie jesteśmy dorosłe i mamy swoje dzieci... że teraz uda się porozumieć, być bliżej. Nic z tego. Atmosfera się tylko zagęszcza z dnia na dzień.

   Więc choć wiem, że jej pomoc na co dzień mi się przydaje - liczę dni do momentu, gdy już jej tu nie będzie. Gdy znów będę mogła żyć na swoim, sama, z Adamem i dziećmi, a dziadków odwiedzać w PL raz do roku albo dwa razy max. Przykre, co nie? Wiem. Ale taką mam tą moją rodzinę, cholera.

środa, 24 października 2012

Mity

   Spójrzcie proszę na prawą stronę mojego bloga, na ostatnie linijki zakładki "o mnie", gdzie wpisuję maniakalnie "parametry" wagowe i wzrostowe moich dzieci.
   Spójrzcie na przyrosty Ali z ostatnich 5 tygodni. Na wielkość jej ciała.
   Bo panuje ponoć taki mit, że dzieci piersiowe wolniej przybierają na wadze niż te karmione mm.

  BUAHAHAHAHA! :D

Tak, wiem, to taki post bez sensu, ale jak patrzę na to, jak mi moja Alutka rośnie, to po prostu dech zapiera. :)

sobota, 20 października 2012

Prawda stara jak świat

   Dzieci są różne. Wiadomo, prawda? A jednak jak się ma drugie dziecko i można w praktyce to zobaczyć, to dopiero dociera tak naprawdę. Że dzieci od początku już są JAKIEŚ. Mają swoje przyzwyczajenia, preferencje, swój rytm. I trzeba to wziąć pod uwagę, dopasować swoje metody, wypracowane już przy pierwszym dziecku, do dziecka kolejnego. Do jego niepowtarzalnej osobowości.
   Alutka jest niesamowicie spokojnym dzieckiem. Ja wiem, że teraz jestem też bardziej wyczulona na jej potrzeby, bo wiem, jak patrzeć i czego szukać, ale jednak to nie tylko to. Pamiętam, że Antoś, gdy się budził ze swojej drzemki, od razu uderzał w głośny płacz, obwieszczając mi (i całej okolicy), że oto Książę wstał i jest głodny jak sto diabłów, i cycek ma się pojawić tu i teraz, JUŻ!!! ;) Alicja wręcz przeciwnie: przebudza się spokojna, rozgląda się swoimi WIELKIMI oczami po okolicy, zaczyna dziobka otwierać, język wysuwać, mlaskać, wykręcać główkę na wszelkie strony i robić wiele innych rzeczy, które ewidentnie sugerują głód. Dopiero przegapienie całego tego repertuaru zachowań kończy się popłakiwaniem, a - jeśli nadal jest ignorowane - płaczem głośnym. Zresztą do etapu głośnego płaczu dochodzi dość sporadycznie, bo reaguję szybko i pewnie (niech mi żyje chusta!).
   Ala jest chustouzależniona. Naprawdę. :P Najgorszym wrogiem jest płaskie podłoże. Najlepiej się śpi w "szmacie", pionowo, ubrana w kombinezon swój polarkowy (wiem, wiem, miałam fotki wrzucić...). Inaczej praktycznie nie ma szans na długi sen dziecka, nawet na rękach zasypia na max.30 minut do godziny. W chuście spokojnie śpi 3h, więc po śniadaniu i myciu (i pierwszej małej drzemce na rękach u mnie albo u babci), pakuję Alę do polarku i idziemy na spacer. Antoś też. :) I tak do obiadu, a po obiedzie najchętniej spacer nr 2, żeby Jaśnie Pani Hrabina zażyła kolejnej długiej drzemki, zakończonej tuż przed kąpielą. :) Ale zauważyłam, że wystarczy po prostu ubrać ją w to wdzianko, wpakować do chusty i można po domu chodzić, a dziecko śpi - oszukane. :P Czegoś takiego u Antka kompletnie nie pamiętam. Owszem - nosiłam go sporo, ale nie AŻ tyle, i też chętnie spał w chuście, ale po domu nie lubił być noszony.
   No i karmienie piersią. Kompletny kosmos dla mnie, przyzwyczajonej do tego, że cyc jest dla Antka lekarstwem na całe zło, a zasypia się najlepiej przy piersi właśnie. Gdy Antoś był śpiący czy zdenerwowany - dostawał pierś i ssał tak długo, aż nie zasnął. Ala nie zna takiego zachowania - pierś jest dobra na uspokojenie, owszem, ale jej się prawie nie zdarza zasnąć z ciumkiem w buzi. Gdy jest najedzona, wypluwa pierś z widocznym obrzydzeniem, wygina się do tyłu i nie da się jej przystawić ponownie, choćby się na głowie stanęło. Mało tego - próby ponownego przystawienia wkurzają moją Księżniczkę strasznie, zaczyna się krzyk i płacz pt. "Mamo, ja już NIE CHCĘ! Przestań mi to do buzi wkładać!". Byłoby to piękne, gdyby nie fakt, że w nocy też czasem jest problem, gdy Ala się przebudzi jakoś bardziej (bo np. jest kupa i trzeba ją przebrać), bo nie idzie jej uśpić zwykłym podaniem cycka, ale trzeba polulać na rękach (patrz - zasypianie w chuście). O.O No ja Cię bardzo przepraszam, Alutko, ale o 4 nad ranem ostatnią rzeczą, o jakiej marzę, jest wstawanie z łóżka i huśtanie Cię na rękach. Cyc i spać! Ale Alicja ma kompletnie inne plany i ani jej się śni współpracować z niewyspaną matką. Czasem pomaga położenie jej sobie na piersi, brzuszek do brzuszka. Ala zasypia kołysana moim oddechem i bliskością, ale ja trochę niespokojnie jednak śpię, bojąc się, czy ona nie spadnie itd. Chyba sobie jakieś dodatkowe poduchy do łóżka muszę dokupić i się nimi w takich chwilach poobkładać z dwóch stron, żeby móc spać spokojnie. ;) Takie dziwne jakieś to moje drugie dziecko, no. ;)

   Odkrywam zupełnie nowe dla mnie uroki macierzyństwa. Tak minęło nam niepostrzeżenie 5 tygodni z Alą. Ciekawe, co nowego czai się za rogiem? :)

poniedziałek, 8 października 2012

Karmię tandem

   Dziś dostałam komentarz pod starym postem (i jakże popularnym wśród czytelników), o karmieniu piersią w ciąży. Z pytaniem: i jak? Karmię dwójkę czy nie i jak to wygląda?
   Ano karmię. :) Dwulatka i trzytygodniowego noworodka. :)

  Do końca miałam nadzieję na samoistne odstawienie Antolka, tym bardziej, że zostało nam tak naprawdę jedno tylko karmienie dziennie, do snu wieczorem. Ale Antoś uparcie się tego karmienia trzymał bez niego nie dało rady go spać położyć, i z tym karmieniem zostaliśmy do dziś. I z Alą na dokładkę. ;)

   Nie jestem AŻ taką hipiską, żeby puścić moje starsze dziecko na żywioł ponownego cysiania na żądanie. A wiem, że są takie kobiety, karmiące dwójkę. Im dłużej myślałam o tym, że mam spędzić kilka pierwszych tygodni/miesięcy przywiązana piersiami do dwojga dzieci non-stop, robiło mi się słabo. ;) Więc postanowiłam sobie, że "OK, mogę karmić dwójkę, ale Antek zostaje na tym swoim jednym karmieniu do snu, bo inaczej osiwieję". Tak też się stało. Co wieczór ok. 19:00 kąpiemy Alutkę, potem ją karmię do snu i przechwytuje ją babcia, a ja idę kąpać Antolka, czasem czytamy bajkę, a potem jest wieczorne cysianie i sen. Pięknie, prawda?

   Choć początki nie były takie cudne. Pod wieczór mój zmęczony Starszak dopominał się natarczywie o cycka, zwłaszcza jak widział, że Ala ZNÓW jest przy piersi. Wkurzał się wtedy okropnie, gdy odmawiałam. Musiałam go zapewniać, że jego kolej też nadejdzie, że nic się w naszym układzie nie zmieniło, czyli cyś jest do snu, jak co dzień. Po trzech tygodniach widzę, że się nam to pięknie unormowało i Antoś odpuścił walkę o cycki. ;) A może po prostu widzi, że faktycznie jest, jak mówię.

   I nie jest mi z tym układem źle. Ot, taki rytuał wieczornego kąpania i usypiania dwójki. ;) I bardzo lubię to antolkowe wieczorne cysianie teraz, bo to jest taki NASZ czas. W ciągu dnia rzadko mi się zdarza być z nim sam na sam, bo Ala zaraz woła jeść i muszę lecieć. Ale chociaż wieczory Antoś ma z mamą. Nocne pobudki z płaczem też się póki co skończyły, Dziabąg się wycisza. Cieszę się. :)

niedziela, 30 września 2012

Lęki starszaka

   Jak tylko pojawiła się w naszym życiu Ala, pierwsze smsy i telefony z pytaniami zaczynały się albo kończyły txtem: A jak Antek? Zazdrosny o siostrę?
   Qrcze, ludzie, co wy macie z tą zazdrością? To jest jakaś taka konieczność w życiu starszego dziecka? Takie niefajne uczucie względem obcej (bądź co bądź) osoby?
   Nikt nie pyta, czy mu trudno, nikt się o niego nie troszczy. Już go wrzucili do worka "zazdrosny starszy brat" i kropka. Już ma etykietkę, na dodatek o dość negatywnym wydźwięku.
   Ja się troszczę. On był pierwszy. Kocham go strasznie, może nawet bardziej niż Alę, bo z nim przeżyłam już mnóstwo, dobrego i złego, i jest między nami niesamowicie silna więź. I widzę, jak mojemu dwuletniemu dziecku jest ciężko. Zaakceptować nową sytuację. Dorosnąć w oka mgnieniu. Pogodzić się z tym, że mama jest teraz dobrem limitowanym. Być ciągle "cicho, bo Ala śpi" (a ona w zasadzie ciągle śpi). Musieć się dostosować do reguł, których sam sobie nie wybrał i o które nie prosił. Żyć z lękiem, że mama może zniknąć gdzieś, zostawić go, że teraz ważniejsze są dla mnie inne sprawy, jakiś nowy bobas...
   Najśmieszniejsze jest to, że do Ali jako takiej Antoś podchodzi z wielkim zaciekawieniem i czułością. Cieszy się, gdy Ala nie śpi, bo wtedy tak fajnie na niego patrzy, tak śmiesznie macha rękami. Bo można pokazać jej swoje zabawki. Antolek całuje ją w czółko, głaszcze po włosach, tuli się do niej, chce ją na ręce brać. Gdy Ala płacze, przychodzi do mnie i mnie o tym fakcie informuje, jakby chciał mi dać znać "mamo, idź ją utul, ona tam płacze". Cudne to jest. :)
   I jednocześnie Antoś chce pozbyć się Ali, gdy za długo ją karmię, a on chce się ze mną bawić albo coś mi pokazać ważnego. Wtedy ciągnie za kocyk Alutki i chce, żeby babcia ją zabrała, bo teraz on chce być z mamą. Mama się nie bawi z nim już tak często (i tak głośno i spontanicznie) jak to bywało jeszcze 3 tygodnie temu. Mama uciekła mu w środku nocy do szpitala i wróciła stamtąd z jakimś nowym dzieckiem. To musi być dla niego niepokojące.
   Gdy chcę, by Antonio zrobił coś, na czym mi bardzo zależy: umył zęby, poczekał na swoją kolej, poszedł się wykąpać, przebrać pieluszkę itd. - jest WRZASK. Nie tam jakiś krzyk, nie płacz, ale WRZASK, z całej pary, z głębi płuc, wielki i nieposkromiony WRZASK, pełen wściekłości, pretensji, zła... Takiego wrzaskuna, jakim nagle stało się moje dziecko, nie znałam dotąd. Jakiś tam jeden czy dwa epizody WRZASKU pojawiły się jeszcze przed narodzinami Alutki, ale teraz jest prawdziwe apogeum. Czasem sobie z tym nie radzę i każę mojemu dziecku dwuletniemu "się zamknąć". Wiem, że to nie załatwia problemu, ale WRZASK budzi młodą, która wtedy też krzyczy, że chce do mamy i do piersi, więc zajmuję się młodą, a starszy wrzeszczy jeszcze bardziej. Bo mama oddala się, zamiast przybliżać.
   Noce też bywają ciężkie. Antoś ma jakieś koszmary nocne, często budzi się z płaczem albo płacze przez sen, krzycząc we śnie "Nie, nie!" Boli mnie patrzeć na niego takiego. Czasem nie daje się utulić. Czasem wybudza się kompletnie i wtedy też wrzeszczy, że np. tata go chce utulić, a nie mama. A on chce do mamy właśnie. W jego snach to pewnie ja mu uciekam, a on nie może mnie dogonić.

   Żal mi strasznie mojego dwulatka, że musi przejść przez to wszystko. Że tak wiele od niego czasem wymagam, bo wydaje się taki duży na tle swojej miniaturowej siostry. Że nie mogę z nim być tyle, ile on potrzebuje, bo noworodek jednak pochłania moją uwagę i we dnie, i w nocy. Że na razie nie jest dla niego fajnie, jest dużo zmian i Antoś nie ogarnia. Więc go tulę, ile się da i mówię mu: "Jesteś moim kochanym synkiem". Skupiam na nim maksimum swojej uwagi, żeby wiedział, że chcę z nim być i nigdzie mu nie ucieknę. Nie wiem, czy to działa, ale tak czuje moje serce, więc tak będę robić dalej.

poniedziałek, 24 września 2012

Ala 10 dni później

   Jaka jest Alutka?

- od urodzenia absolutnie nieodkładalna. ;) Ma wbudowany jakiś czujnik ruchu, który bezbłędnie wychwytuje moment, w którym chcemy ją odłożyć gdziekolwiek, i uruchamia w takiej sytuacji alarm (czytaj: płacze i woła o ratunek ;P). Moje drugie dziecko ma mega-silny instynkt przetrwania, który mówi jej (i słusznie), że tylko będąc blisko mamy/taty uda się jej przetrwać. Dobrze, że mam chustę, bo bez tego bym z kanapy nigdy nie wstała. ;)

- Ala prawie w ogóle nie płacze. W zasadzie nie ma takiej potrzeby: jest blisko niemal przez 100% czasu, karmiona na żądanie, ciepło jej, dają jej spać całymi dniami. Nawet gdy jest głodna, najpierw uparcie zasysa piąstki, wygina się w poszukiwaniu piersi, otwiera dziobek jak mała rybka i generalnie całą sobą daje znać "mamo, głodna jestem". Nie sposób tego nie dostrzec. Ale jeśli z jakiegoś powodu karmienie się opóźnia, uruchamiany jest alarm (płacz). ;) Choć i tak skalę głosu ma zdecydowanie mniejszą niż jej starszy brat, który był najgłośniejszym noworodkiem na oddziale szpitalnym. ;)

- Alutce kikut od pępka odpadł w czwartej dobie życia, co uważam za fenomenalne. Antolkowi się tam babrało, 12 dni trzymało, a my smarowaliśmy ten kikut spirytusem, octaniseptem i cholera wie, czym jeszcze. Alutce nie smarowaliśmy niczym i po 4 dniach kikut się pięknie zasuszył i odpadł. Zero cudowania.

- Pierwszy spacer Alicja zaliczyła właśnie w czwartym dniu swojego życia po tej stronie brzucha. A ja, oczywiście, zapomniałam już, jak to jest z takim maluszkiem i nie wzięłam ze sobą pieluszek na przebranie, dodatkowych ubranek ani nic. Oczywiście okazało się, że kupa jest, ubranko całe brudne i jest klops. Adam poleciał kupować nowe opakowanie pieluch i nowe wdzianko dla córki. ;) Kombinezon polarkowy, który zakupił tego dnia, Ala nosi teraz codziennie na spacery, bo jest mega-ciepły, wygodny i bardzo uroczy (biały z haftowaną sową na przedzie, a od wewnątrz w czerwone kropeczki, kiedyś go obfocę i tu wrzucę, pochwalić się ;)).

- Ala prowadzi na razie życie zimowego niedźwiedzia: je i śpi. Śpi głównie w chuście u mnie, spędza tam sporo czasu, dzięki czemu mam czas na zabawy z Antkiem, inaczej byłby dramat. A tak dziecko (biernie) uczestniczy od początku w życiu rodziny. Bardzo to fajne. :) Jakoś tak naturalnie dzięki temu ruszyliśmy dalej z naszym życiem rodzinnym, choć - wiadomo - nic już nie jest takie, jak było wcześniej, ale chyba odczuwam mniejszą zmianę niż przy narodzinach pierwszego dziecka.

- Mała dorobiła się już kilku ksywek przez te swoje 10 dni życia. Dla mnie to jest Mopsik (no tak wygląda wzięta do pionu, jak je bródka opada na klatkę piersiową i się robią takie policzki pucołowate), dla Adama to jest Żółwik (bo ma taki kształt głowy i wielki nosek na środku twarzy - chyba będzie podobna do mamy ;)), a także Księżna Jaśnie Pani (na Antka mówimy czasem Książę albo Królewicz, więc siłą rzeczy siostra jest też z królewskiego rodu). A ponieważ zdrobnienie "Ala" mi na razie do mojej córki nie pasuje, dla mnie to jest Alutka. :)

- Alutka budzi się w nocy tylko raz na karmienie, czym mnie totalnie zaskakuje. Antoś pamiętam miał schemat "minęły 2,5h, czas na mleko", a młoda jak się naje wieczorem, to sobie śpi aż do 3 w nocy, zje i śpi dalej do rana. Wow! Nie wiedziałam, że naprawdę są takie dzieci.

- Wg lekarki ze szpitala Alutek ma 51cm wzrostu, ale już po 4 dniach, gdy mierzyła ją pielęgniarka środowiskowa u nas w domu, wyszło 53cm. Albo dziecko rośnie w niesamowitym tempie, albo te pomiary są do bani. ;) Uśredniając - 52cm na dzień dzisiejszy. W czwartek dowiemy się, jak tam waga idzie w górę. :)

piątek, 21 września 2012

Zwierzenia poporodowe

   I już tydzień za nami. Wow. Jakoś tak zleciało, że nie wiem, kiedy. W najbliższy czwartek pierwsza kontrola Alutki u położnej: waga, wzrost, takie tam duperele. Ale i tak będzie to pewnie dla całej rodziny historyczny moment, takie "oficjalne" wyjście do ludzi. ;) Choć na spacery z małą to chodzę od 3 dni już.
   Myślę jeszcze o porodzie, jak to było, choć bólu już kompletnie nie pamiętam. Myślę o podobieństwach i różnicach: w samym porodzie, w podejściu personelu, w moim własnym podejściu... Widzę, że sam "schemat" porodu jest u mnie podobny w obu przypadkach: zaczyna się nocą, wody odchodzą mi na samiutkim końcu, poród sn bez problemów, szybka regeneracja sił, dzieci - ssaki idealne, karmienie piersią bezproblemowe. Ale tyle rzeczy inaczej wyglądało, na plus dla tego drugiego porodu:
- poród przebiegł tak szybko, że nie zdążyłam się nawet nim zmęczyć ;)
- fakt, że nikt mi nie kazał leżeć na plecach sprawił, iż urodziłam z mniejszym poczuciem bólu, bez nacięcia (i bez pęknięcia), chciałoby się rzec "miło",
- położna nic mi nie narzucała, pytała mnie o zgodę na wszystko, od badania rozwarcia, poprzez zbadanie dziecka po porodzie, aż po pytanie o to, czy ja wyrażam zgodę na podanie Ali zastrzyku z wit. K (wyjaśniła też, po co to, co ta wit. K "robi" i dlaczego warto... Nawet nie wspomnę, jak to się odbywa w PL.).
- ja sama byłam bardziej świadoma tego, co mnie czeka, znałam już (i przetestowałam częściowo przy pierwszym porodzie) różne pozycje na przetrwanie skurczy (najgorzej jest się nie ruszać!) i zastosowałam chyba wszystkie (tylko kąpieli w wannie z ciepłą wodą zabrakło, ale za szybko to wszystko poszło ;)). Nie bałam się bólu, raczej wyszłam mu naprzeciw - skoro boli, to dobrze, to znaczy, że już bliżej niż dalej do końca,
- moją pierwszą reakcją na Alę tuż po porodzie było wielkie szczęście, czułość i miłość. Pokochałam ją w drugiej sekundzie po ujrzeniu jej małego ciałka. Z Antkiem pierwsze było wielkie zdziwienie "o matko, to jest człowiek, on żyje! I jaki on duży!", miłość i czułość przyszły później. Chyba byłam zbyt oszołomiona faktem, że mam prawdziwe dziecko, i też totalnym poczuciem zagubienia (co się robi z takim małym dzieckiem? Jak toto ubrać? Jak się karmi? Jak pieluszkę zmienić?), by tak od razu się zakochać w swoim dziecku. A tutaj - ŁUP! I już. Momentalna fala miłości i czułości: "Jaka ona cudowna, piękna, idealna, jaka malutka, jaka wspaniała, kochana..."
- karmienie, choć bezproblemowe w sensie techniki ssania Ali, było przez pierwszy dzień (jeszcze w szpitalu) o tyle problematyczne, że trudno Ali było zakumać, jak ma tą pierś złapać w buzi i najczęściej wypychała sobie sutka z buzi językiem. Więc przystawiałam ją raz, drugi, piąty, by za dziesiątym chwyciła poprawnie i ssała błogo. Ale kompletnie się tym nie stresowałam, przemawiałam do niej: "Alutko, musisz szerzej buźkę otworzyć, o tak! Bardzo ładnie..." i ogólnie miałam poczucie, że po prostu ona się tego nauczy, tylko potrzeba jej czasu. Pamiętam, że przy Antku i mojej (wtedy) zerowej wiedzy o karmieniu piersią, byłam spanikowana, gdy on płakał, a ja nie wiedziałam, jak go przystawić. Więc ja się denerwowałam, on też, położna dyżurna zmieniała się co 12h i każda mówiła co innego (a jedna to mnie prawie okrzyczała, że się "bawię" niepotrzebnie, zamiast "po prostu podać pierś". A co ja, do cholery, próbuję zrobić??? Grrrr... Pamiętam, że się prawie popłakałam, jak ta baba sobie poszła, to było w nocy w ogóle i czułam presję, że muszę szybko uspokoić dziecko, bo inne mamy i dzieci na oddziale śpią i pewnie mnie właśnie wyklinają, że dupa jestem a nie matka.).
- dziecko od początku było ze mną, nikt go nie próbował mi zabierać, kąpać, nakłuwać gdzieś poza moim zasięgiem. Jedna tylko położna dyżurna przyczepiła się na chwilę, że Ala nie leży w swoim "akwarium", tylko koło mnie na łóżku szpitalnym, że to niebezpieczne, że to, że tamto, bla, bla bla... Ale się uparłam, że tak mi jest wygodniej i odpuściła szybko. 

   Ogólne moje poczucie (i petycja do wszechświata) jest taka, że każda kobieta powinna rodzić od razu drugi raz. Żeby już miała tą wiedzę, którą ma po pierwszym dziecku i pierwszym porodzie, żeby się tak nie bała, nie stresowała, żeby czuła się pewnie. Młode matki są tak straszliwie spanikowane wszystkim, co się tyczy porodu i noworodka, sama taka byłam. Czytają te wszystkie dziwne poradniki o wychowaniu dziecka, co to niby mają im pomóc, a często jeszcze tylko przeszkadzają i wpędzają kobiety w poczucie winy, że nie dają rady wychować swojego dziecka tak, jak pisze to pan/pani X w poradniku Y. Kobiety rodzące drugi raz zwykle mają to wszystko już w d...ie. One już to przerabiały, już wiedzą, co im się sprawdziło a co nie. Już wiedzą, jak kąpać dziecko i jak je ubrać nie bojąc się, że się połamie te maluśkie rączki i nóżki. Są jakoś-tam przygotowane, choć wiadomo, że drugie dziecko może być inne, niż było pierwsze: bardziej wymagające albo właśnie mniej. Ale to już też zwykle wiadomo.
  
   Tym razem nie mam nierealnych oczekiwań względem dziecka. Teraz tylko je i śpi, ale wiem, że za tydzień może być inaczej. Nie wprowadzam żadnej sztucznej rutyny, nie cuduję. Skupiam się na Antku bardziej, niż na Ali na razie, bo to on jest w tym wszystkim najbardziej zagubiony. I od razu gromadzę wokół siebie ludzi: koleżanki, znajome, inne mamy. Bo wiem, że samotność w domu zabija czasem bardziej, niż największe problemy z dziećmi. No i byle do jutra, każdy kolejny dzień z moimi dziećmi (qrcze, mam teraz DZIECI, nadal dziwna to dla mnie myśl, że jest ich dwoje) jest nowym wyzwaniem. :)