niedziela, 28 listopada 2010

Blaski i cienie macierzyństwa... dziś głównie cienie

Nie lubię się użalać nad sobą, ale dziś sobie pozwolę. Wpiszę się w ogólnonarodowy trend marudzenia "jaka ja biedna i jak mi źle". :P
   Parafrazując Kabaret Potem: dzieci to skarb. Dlatego trzeba trzymać je w sejfie. ;P Najpierw się ich pragnie, czeka na nie, na dwie kreseczki na teście. Potem oczekiwanie ciążowe, liczenie tygodni do porodu, kompletowanie miliona bajerów dla dziecka, piękne marzenia o tym, jak to będzie: śliczny bobas, ja i On, przytuleni, szczęśliwi. Cudowny obrazek...
   ... który rzadko ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością! Owszem - dziecko rośnie i się rozwija, ale BARDZO WOLNO! Ja naprawdę nie wiem, która matka widzi, że jej dziecko CODZIENNIE coś nowego robi, poznaje. Ja nie widzę. Czasami tygodniami nic się nie dzieje: wstajemy zdecydowanie za wcześnie i po zdecydowanie za małej ilości snu, niewyspani przebieramy i zabawiamy Antka, potem karmienie, jakaś krótka drzemka, potem znów karmienie, spacer, potem karmienie, zabawa na macie, karmienie, zabawy, karmienie, kąpiel, karmienie, usypianie, chwila wolnego tylko dla siebie, a potem rytm nocnych karmień i tak w kółko. I nagle po paru tygodniach np. widzę, że Antoś ZACZYNA wyciągać łapki w kierunku zabawek. I tak je wyciąga i wyciąga dzień po dniu i żadnej jakościowej różnicy w tym wyciąganiu nie widać. Więc nuda.
   Dziecko absorbuje sobą. Straszliwie i do końca. Chcesz sobie coś ugotować, wyjść gdzieś, może posprzątać, zmyć naczynia albo - prozaicznie - iść spokojnie do toalety? Nic z tego, dziecko woła, że jest samo w wielkim pokoju, mamy nie widać, więc jest trochę przerażająco i na wszelki wypadek można zacząć płakać. Więc przybiegam i biorę na ręce i noszę po domu: z pokoju do kuchni, potem z kuchni do pokoju, potem na przedpokój do lustra (bo Antek lubi swoje odbicie w lustrze), potem znów do pokoju. Na chwilę usiądę na kanapie, bo ręce bolą... ile czasu minęło? Może godzina chociaż? Nie, minęły trzy minuty. Próby odłożenia bobasa do łóżka czy na jakąkolwiek powierzchnię płaską (kanapa, mata edukacyjna, dywan), spotykają się ze spazmami i płaczem - dziecko ostro protestuje. Ręce opadają coraz niżej, więc wiążę chustę i cieszę się, jak to sobie sprytnie wymyśliłam. Owszem - chusta działa... przez 10 minut. Czasem przez 15. ;) Potem znów płacz Antka, że mu nudno, a w ogóle to jest zmęczony i poszedłby spać. Brak mi czasu dla siebie.
   Spanie... taaa... temat rzeka. Ogólnie sprowadza się do tego, że Antol zasypia normalnie na dwa sposoby (okazjonalnie też na trzeci): na spacerze w wózku/chuście, a w domu - przy piersi. Nie ma innej opcji. Więc zazwyczaj siedzę, a ostatnio leżę (ręce nie bolą od dźwigania :P) na kanapie z Antkiem wtulonym w moją pierś, gdzie sobie słodko śpi i przez sen ciumka. I tak, dajmy na to, 1,5h, czyli standardowa, spora drzemka. Mogę w tym czasie co najwyżej książkę przeczytać, bo o ruszeniu się z tej pozycji nie ma w ogóle mowy - bobas budzi się natychmiast, z płaczem, i żąda powrotu ciumka. Jeśli nie pomyślę zawczasu o przygotowaniu sobie podręcznych przekąsek/picia czy tej książki nawet - leżę przez tą godzinę czy półtorej i patrzę w ścianę, ignorując ssanie żołądka, zaniedbanego od śniadania. Czasem nie dojadam przez cały dzień, a wieczorem mój skurczony żołądek już w zasadzie nic nie chce. Waga leci więc w dół i już dobiłam do progu wyjściowego sprzed ciąży. Niby fajnie, ale nie bardzo, bo przecież nadal karmię i jedzenie jest ważne, nie tylko dla mnie.
   Wieczory po położeniu Antola spać (zasypia przy piersi, a potem robimy delikatne "siup" do łóżeczka) mam dla siebie, ale czasem nie wiem, co tak naprawdę chcę zrobić. Niby trzeba zjeść, może zęby w końcu umyć od rana? Poćwiczyłoby się jogę zaniedbaną od tygodnia, dokończyło moduł internetowego kursu dla młodych przedsiębiorców (chcę rozkręcić firmę), mąż coś wspomina o cieście marchewkowym - że dobrze by było, jakbym zrobiła, chociaż sam jak zwykle siedzi przed komputerem... Czasem nie wiem, co zrobić, więc nie robię nic. Albo standardowo pranie. Albo idę gdzieś, gdzie mnie nie widać i płaczę, że życie jest beznadziejne, mąż do d..., bo mnie nie wspiera, a dziecko - choć tak wyczekane - tak straszliwie irytuje ciągłą potrzebą bycia blisko. Że mam ochotę wyjść z domu i nie wracać, urwać się od macierzyństwa, od małżeństwa, które przechodzi jakiś kryzys w związku z Antkiem (o tym to chyba osobna notka), pójść do klubu, zalać się w trupa albo wyrwać kilku przystojniaków, flirtować i poczuć się młodą, atrakcyjną i zajebistą kobietą. Ale dupa - pranie czeka od wczoraj na rozwieszenie, stos garów w kuchni straszy od rana, moje włosy błagają o mycie, a całe ciało o dużo snu. Standardowy zestaw bluzki z getrami, w którym zwykle chodzę po domu, bo wygodnie - jest totalnie aseksualny i sama sobie się nie podobam w nim, to czego chcieć od Adama? Może to dlatego nie rusza się od tego kompa? Kiedy ostatnio mówiliśmy do siebie coś miłego i intymnego, zamiast wymieniać się pytaniami typu: jesz obiad? Kiedy idziesz z Antkiem na spacer? Idziesz już spać? Kupić Ci coś w drodze do sklepu? Ech...
   Żeby nie było - kocham swojego synka. Ale bycie mamą to nie tylko pierwsze "mama" i wspólne fajne zabawy. To też duży trud, czasem aż za duży jak na jedną osobę. Czasem są takie dni, że widzi się tylko to, co przeszkadza, tylko cienie...

poniedziałek, 22 listopada 2010

Antkowo i nie tylko

Spora część komentarzy pod ostatnim - jak się okazało: bardzo kontrowersyjnym postem - unaocznia, że ludzie:

a) nie umieją czytać ze zrozumieniem;
b) do bólu stosują mechanizm projekcji (widzą u kogoś to, co tak naprawdę sami myślą);
c) inne.

   Niesamowite jest to, jak jeden niewinny cytat może powodować takie emocje. A mi chodziło tylko o przedwczesne wprowadzanie do diety dziecka papek. Sporo czytelników/czytelniczek znalazło tam jednak zupełnie inne treści, które najwidoczniej są napisane niewidzialną czcionką, bo ni czorta ich tam nie widać. Bywa.

   Tymczasem w świecie próżnej, zawistnej i leniwej kaczki :P ...

   Antolek rośnie jak na drożdżach, choć pije tylko to wstrętne mleko z piersi. :P Metodą prób i błędów doszliśmy do tego, że kolki i wieczorne krzyki powoduje mleko od krówki, więc karmię się mlekiem kozim i wszyscy są szczęśliwi. :)
   Rozpoczął się etap prób chwytania wszystkiego, co w zasięgu łapek, począwszy od koszulek, które podciąga sobie pod brodę (śmiejemy się, że jest małym ekshibicjonistą), poprzez grzechotki i zabawki na macie edukacyjnej, a skończywszy na naszych ubraniach, szalikach, pieluchach tetrowych i innych szmatkach leżących w pobliżu - łatwo się je chwyta i są fajne w dotyku. :) No i można sobie je na głowę założyć, a potem można się powkurzać, że zasłaniają widok na świat. :P
   Rozpoczął się także etap robienia mostków. Antol odpycha się na piętkach i głowie i przesuwa pupkę powoli w kierunku wybranym przez siebie. Stał się Antkiem-wędrowniczkiem. :) Na razie wychodzi mu tylko w jedną stronę (czytaj - w lewo), więc jeśli coś jest bardziej na prawo, to Antek musi wykonać pełen obrót wokół własnej osi, oczywiście w poziomie. :) Cudacznie się to ogląda.
   Kończy się też etap jeżdżenia w wózku-gondoli, ponieważ Antek się tam już po prostu przestaje mieścić. Także do czasu pojawienia się etapu siedzącego w życiu naszego malucha, będziemy się li i jedynie chustować. :)

Z cyklu: zabobony około-dzieciowe

   Ostatnio od pani sprzedającej w punkcie Lotto dowiedziałam się, że ABSOLUTNIE nie mogę obciąć Antolowi włosów aż do ukończenia przez niego 1 roku życia. O.O Czemu tak jest, pani mi wyjaśnić nie potrafiła, ale za podpowiedzą wujka Google wiem już, że to ponoć "skraca rozum". :P A obciąć planujemy już od jakiegoś czasu, bo jego bujna czupryna, choć nieco przerzedzona na boczkach, zawija się już nad uszami i powoli włazi małemu do oczu, a to ani estetyczne ani szczególnie wygodne. Także Antek będzie dzieckiem nieco głupszym, za to uczesanym. A że i tak miał być geniuszem, to jak mu trochę IQ odetnę, to się nic wielkiego nie stanie. :P

I na koniec, dla rozładowania przyciężkiej atmosfery, dowcip sytuacyjny z życia kaczorków. :)

Antek leży na macie i bawi się w próby łapania dyndających motylków i konika. Udaje mu się tylko przypadkowo walnąć je łapką od czasu do czasu, ale się nie zniechęca,
Przychodzi tatuś, czyli Adam, zmienić bobasowi pieluszkę, co powoduje chwilową przerwę w zabawie. Przebiera, zabiera brudną pieluszkę i wychodzi z pokoju ze słowami:
- No, teraz możesz sobie dalej walić konia.

Mina moja i Adama w momencie, kiedy zrozumiał, co powiedział - bezcenna. :P

sobota, 13 listopada 2010

Krótko o karmieniu piersią

"Światowa Organizacja Zdrowia, UNICEF oraz krajowe i międzynarodowe medyczne towarzystwa zalecają wyłączne karmienie piersią do końca 6 miesiąca życia i kontynuację karmienia, przy jednoczesnym włączaniu pokarmów uzupełniających przynajmniej do końca 2 roku życia dziecka."

(za who on a population basis, exclusive breastfeeding for 6 months is the optimal way of feeding infants. Thereafter infants should receive complementary foods with continued breastfeeding up to 2 years of age or beyond.

źródło: www.medyczna.fr.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=199:warto-karmi-piersi&catid=39:leksykon-medyczny&Itemid=50

I tyle w temacie. Bo jak czytam po blogach, że dziecko w wieku 4 miesięcy POWINNO mieć już papki ze słoiczka, bo MUSI poznawać nowe smaki, to mnie krew zalewa.

środa, 27 października 2010

Z lekarskiego punktu widzenia

Rzadko choruję. Do lekarzy nie chodzę prawie nigdy. Najczęściej do ginekologa na kontrolne wizyty, sporadycznie do dentysty. Przynajmniej tak było, dopóki nie byłam mamą. Teraz u lekarza jesteśmy non-stop, bo to szczepienie jedno z drugim, bo jakieś USG bioderek, bo mały ma jakiś katarek, ot-tak kontrolnie do ważenia itp. W życiu się tyle po lekarzach, szpitalach i przychodniach nie nabiegałam, jak przez ostatnie 2 miesiące.
   Generalna obserwacja jest taka, że medycyna to takie wróżenie z fusów dla zaawansowanych. Nauki ścisłej w tym jak na lekarstwo. Każdy lekarz mówi coś zupełnie innego i rodzic chodzi skołowany, co tak NAPRAWDĘ jest z jego dzieckiem. Ot, chrypka. Antolek chrumka i wydaje odgłos z gardziołka, jakby miał je podrażnione. Może nosek zatkany? Sama nie wiem. Aspirator nic nie wyciąga, psikamy solą morską w spreju i nic to nie daje. Zatem wizyta u pediatry:
   PEDIATRA I: To alergiczne jest. Mają państwo jakieś zwierzęta? Kota... no tak, koty uczulają najbardziej. Trzeba kotu ograniczyć dostęp do dziecka. Może to też roztocza - na wszelki wypadek wszystkie pluszaki wyrzucić, uwaga na zasłony i inne tkaniny, w których roztocza mogą żyć (np. kocyki). Pan ma alergię na sierść? No, to sprawa jasna. Dziecko jest w grupie ryzyka. Pani karmi piersią? Świetnie, to karmić jak najdłużej, ale z diety musi pani wyeliminować białko mleka krowiego, orzechy, seler, czekoladę, itp. Tu jest recepta na preparat do noska, podawać też witaminę C w kropelkach.
   PEDIATRA II: To od zmiany temperatur: w domach ciepło, a na dworze zimno, więc gardło jest podrażnione. Wiele dzieci teraz tak ma. Nie przejmować się, psikać solą morską i podawać wit. C w kropelkach. Alergia? Raczej nie. Karmi pani piersią? To dobrze. Ale z diety proszę wyeliminować mleko krowie. Przetwory takie jak jogurt czy kefir może pani jeść, ale broń boże żadnego sera żółtego, nic wzdymającego - fasolę, groch, kapustę ograniczyć. Widzę natomiast, że jest pewna asymetryczność w ciele. Główka głównie na prawą stronę trzymana... ja pani dam skierowanie do neurologa.

   Diagnozy dwie, leczenie praktycznie to samo. Mam poczucie, że gdybym poszła do trzeciego pediatry, to dostałabym trzecią diagnozę, różną od dwóch poprzednich, ale pewnie i tak jedynym wyjściem byłoby podanie witaminy C oraz psikanie do noska roztworem soli. Co też robimy. W alergię nie wierzę, tym bardziej, że się jak głupia katowałam przez ponad 1,5 miesiąca dietą Bez-Niczego-Co-Może-Uczulać, wprowadzałam po kolei wszystkie produkty uczulające, z ręką na sercu, obserwując małego i co? I nic, nic mu nie jest, ani od pomidora, ani od kefiru, ogórka (nawet kiszonego), od kapusty, fasoli zresztą też nie, nie uczulają go orzeszki, jajka, ryby ani kompletnie nic. Kto nam zasugerował tą niby-skazę białkową? Moja zdecydowanie najbardziej "ulubiona" pani położna. :/ Kot Antka omija szerokim łukiem, bo się go zwyczajnie boi. :P Więc trudno będzie mu jeszcze bardziej ograniczyć dostęp do dziecka. A z całą pewnością nie pozbędę się go z domu, bo to jest mój kotek i już!
   Nie lubię lekarzy chyba właśnie za te domysły. Nikt tak naprawdę nie wie, co jest przyczyną, ale każdy ma swoją teorię. Ot, taka zgadywanka. Czasem zastanawiam się, czego tak naprawdę uczą się ci studenci na uczelniach medycznych...

środa, 20 października 2010

Kryptonim: Wojciech

Na święta Bożego Narodzenia uciekamy z Polski do Irlandii. Adamowi kończy się urlop i musi tam jechać, ot,choćby po to, by złożyć wypowiedzenie i odpracować ostatnie 2 tygodnie. Czy tak się stanie, to już inna sprawa... No ale jak mus to mus - lecimy razem. W końcu na święta rodzina powinna być w komplecie. Antoś też oczywiście będzie leciał, potrzebny jest więc paszport.
   Dnia pewnego wybraliśmy się całą trójką do urzędu, aby wyrobić stosowny dokument. Ludzi w urzędzie brak, totalne pustki. "To świetnie - myślę. - Pójdzie raz-dwa". No ale trzeba też zrobić małemu paszportowe zdjęcie... Ja zostałam wypełnić wniosek, a Adam z Antkiem pod pachę poszedł szukać fotografa. Naczekałam się na nich baaaardzo długo. W końcu wrócili z fotką, na której nasz piękny synalek wygląda jak... naburmuszony, wielki tłuścioch. Ponoć robili mu ok. 10 różnych fotek, ale żadna nie spełniała urzędniczych wymogów: otwarte oczy, zamknięte usta, wzrok wprost na fotografa. Tylko to jedno, choć nie do końca te oczy są otwarte, a ta buźka zamknięta. Głowa totalnie opadła mu na piersi, przez to zrobił się nie tylko podwójny, ale i potrójny podbródek. Mąż orzekł, że Antoś wygląda tu jak Wojciech Mann (z całym szacunkiem dla pana Manna). :P A tak liczyłam, że sobie zdjęcie paszportowe Antka do portfela wsadzę, ale takiego brzydalka z potrójnym podbródkiem chyba sobie daruję. :P Swoją drogą - to trzeba mieć prawdziwy antytalent, żeby Antowi zrobić tak nieładne zdjęcie. My pstrykamy mu "słit-focie" niemal codziennie i zwykle wychodzi przekapitalnie!
   Co mi nasuwa temat pseudonimów dziecięcych. Kiedyś na blogu Luthien czytałam o licznych przezwiskach dla dwumiesięcznego Leosia. Postanowiłam się zainspirować i wyłowić antkowe pseudonimy, których jest sporo:

- Antolek-pitolek (bo się rymuje :P),
- Kaczorek,
- Robal,
- Piszczałka,
- Małpeczka (nie wiem, czemu tak mi wyszło, ale często tak do Antka mówię),
- Wojciech (to Adama pomysł),
- Cypis (wymysł położnych ze szpitala, ze względu na bujną czuprynę),
- Antoniusz (to znów mąż),
- cała gama pochodnych od "Antoni", czyli: Antoś, Antosz, Antolek, Antoszek, Antonio, Antol, Antek, bardzo rzadko "Tosiek",
- Bobas (tak nam zostało po ciąży, w której często określaliśmy maleństwo w brzuszku mianem bobasa)
- Chomiczek (bo ma te policzki takie pucołowate!)
- Dziabąg,
- Ciumasek.

Ufff, tyle pamiętam. A wy jak nazywacie swoje dzieciaczki?

sobota, 16 października 2010

Niepostrzeżenie mija czas...

Dopiero co chodziłam z wielkim brzuchem, po którym została tylko mała oponka. Dopiero co rodziłam dziecko w szpitalu. Ledwo co zaczęliśmy się uczyć być rodzicami. Bum! I już minęły dwa miesiące. Jest coś niepojętego w fakcie, że dni mijają wolno jeden za drugim, trochę ślamazarnie i człowiek zastanawia się, czemu to tak wolno idzie, a potem nagle budzi się po paru miesiącach. :P
   W sumie czas na podsumowania, ale nawet nie wiem, o czym pisać. Wielkich przełomów nie było i nie ma. Tak, coraz wyżej i dłużej Antoszek jest w stanie trzymać swoją główkę, ale to takie trywialne... Tak, wodzi oczami za przedmiotami i ludźmi - wiadomo. Rozdaje na prawo i lewo mnóstwo cudownych, słodkich uśmiechów. Najczęściej do mamy i taty, ale generalnie jest mu wszystko jedno, może być jedna z wielu przyszywanych "cioć". :P
   Czy coś go szczególnie wyróżnia? Hmmm... może fakt niespania w ciągu dnia? Nawet w chuście Antek zasypia na max. 1h, a potem otwiera oczy i siedzi sobie w chuście, patrząc na świat z tej perspektywy. Zasypia też słodko w samochodzie, bo on buczy jednostajnie i kołysze. Za to po kąpieli, wieczornej porcji ciumka i kołysanek Mini mini 1, bobas zasypia na pełne 6h, czasem nawet na 7h... więc na karmienie nocne budzi się raz, w okolicach 2:00-3:00, a potem już rano przed 7:00. Wysypiam się więc jakby bardziej, choć nie jest to szał leniuchowania do 10:00, niestety. :P
   Antolek testuje też coraz to nowe dźwięki. Widać, jak się stara odtworzyć to, co przed chwilą do niego powiedziałam, ale mu nie wychodzi. Czasem więc wydobywa mu się z dziobka tylko pisk albo głośne: "Aaaa!", ale czasem... czasem zdarza się, że to nawet brzmi jak coś sensownego, np. "ojoj" albo "hau" (kaczątko zamienia się w małego psiaka?). Jest też mnóstwo kombinacji z głoską "g": gu, ga, gli... Powtarzam za nim te jego dziwne kombinacje, dodaję własne i tak sobie gadamy. W ogóle bardzo dużo mówimy do Antka, od samego początku. To nic, że większości z tego nie rozumie, ale niektóre słowa mam wrażenie, że kojarzy z konkretnymi czynnościami: "cium" na karmienie, "kąpu-kąpu" na kąpiel wieczorną, "brum-brum" na jazdę autkiem. No dobra, to nie są mądre słowa, ale coś dla nas i dla Antola oznaczają. Trzeba się jakoś komunikować, tak?
   Poza tym Antoś jest spokojny i wiecznie ciekawy świata. Płacz pojawia się tylko z przemęczenia, bólu lub głodu i łatwo te płacze rozróżniamy. Nie lubi zostawać wieczorem sam na dłużej w pokoju, np. jak ja chcę przygotować wszystko do kąpieli. Wtedy krzyczy i mnie przyzywa, jakby przeczuwając, że oto przyszedł wieczór i zaraz się pożegnamy na dłużej, bo trzeba będzie iść spać. Robi się z niego mała przylepka wieczorna. Bywa to uciążliwe czasami, ale nie gniewam się o to. Ot, taka uroda niemowlęctwa. :)
   Już zaczął się nam miesiąc trzeci. Jestem bardzo ciekawa nowości, które nam przyniesie.

środa, 13 października 2010

Pieluszkowo

Jeszcze gdy kobieta jest w ciąży, pojawia się jeden ze standardowych dylematów okołodziecięcych: jakie wybrać pieluszki? Tetrowe - tanio, wielorazowe; czy "pampersy" - łatwiejsze w obsłudze jednorazówki, w których dzieciom jest zawsze sucho?
   Dorzucam trzecią opcję do tego, jakże skromnego jednak, wyboru: pieluszki wielorazowe, ale nie tetra. :) Jak to wygląda? Ano tak:
Wygląda to, jak jednorazówka, ale jest z materiału i daje się prać. Jest tych pieluszek kilka rodzajów (odsyłam pod link Ekobaby). My zdecydowaliśmy się na opcję "kieszonka": w taką właśnie kieszonkę, którą zresztą widać na fotce, wkłada się chłonne wkłady (jeden albo dwa, zależy jak dużo dziecko jest w stanie zrobić na jeden raz), a gdy dziecko zrobi siku albo kupkę, całość się pierze. Plusem wyjmowanych wkładów jest to, że taka rozłożona na części pieluszka szybciej schnie. Chociaż istnieje też oczywiście opcja "all-in-one", gdzie wkład jest na stałe. Używa się tak samo, tylko dłużej schnie, bo jest więcej warstw materiału naraz.

Takich pieluszek trzeba sobie zakupić ok. 12-20, w zależności od tego, jak dziecko często się wypróżnia i tego, jak często my chcemy robić pranie takich pieluszek (codziennie, co drugi dzień, co trzeci...). Wiadomo - im mamy ich więcej, tym rzadziej trzeba ładować pralkę. Posiadają regulację wielkości, więc nadają się dla dzieci w każdym wieku, od noworodka począwszy. Minus - jednorazowy koszt takich pieluch to niemała kwota (za jedną pieluszkę ok. 25zł, czasem więcej, zależy ile naraz kupujemy i skąd, odradzam Allegro!), ale w planie długofalowym zwraca się z nawiązką. Tym bardziej, że pieluszki te można spokojnie wykorzystać i przy drugim, i trzecim, i kolejnym dziecku.

Plusy? Ekologiczne, finansowe + łatwiejsze uczenie dziecka, czym jest nocnik i do czego służy. :P
Minusy? Duży koszt jednorazowy oraz większa uwaga skupiona na dziecku, jeśli chodzi o potrzeby fizjologiczne, bo nie jest mu już zawsze sucho i trzeba szybko reagować. Ale to może być dla kogoś plusem... dla mnie jest. :)

Nie, jeszcze z nich nie korzystam. Na razie jestem w sferze "pampersowej", ale to był wybór świadomy i z premedytacją. Najpierw chciałam się spokojnie ogarnąć jako matka, poznać moje dziecko i jego potrzeby oraz przeczekać okres, kiedy kupki pojawiały się praktycznie po każdym karmieniu. Teraz jest jedna, góra dwie dziennie, a Antol wyrósł już dawno z rozmiaru "2" jednorazówek. Kupiliśmy więc ostatnią paczkę "trójek" i na tym poprzestaniemy. Dziś dostałam becikowe i od razu zamówiłam wielorazowe pieluszki. Teraz, jak zwykle, czekanie na przesyłkę. Pewnie dopiero po weekendzie. I zacznie się nowa przygoda. :)