Nie da się prowadzić systematycznie bloga o małym dziecku. Są tygodnie, że nie dzieje się nic, żadnych "nowości", żadnych przełomów i zmian, nuda i rutyna codzienności. A potem naraz wychodzi kilka spraw i nie wiadomo, o czym pisać najpierw. :P A ja tak lubię tematyczne posty, a nie o wszystkim naraz.
Więc dziś tylko o... KLASKANIU! Tak, tak, dopiero co marudziłam, że Antek ma w nosie moje "kosi-kosi" i nagle dziś załapał. :D Coś tam po powrocie ze spaceru zaczął rączką o rączkę uderzać, nawet zwróciłam na to uwagę Adama, ale mąż się nie zachwycił. Że to niby przez przypadek, żebym sobie nie wkręcała przedwcześnie. :P Odwieźliśmy więc z Antkiem tatusia na samolot (krótka wizyta w Polsce), a w drodze powrotnej autobusem Antek klaskał i klaskał, ku uciesze mojej i części pasażerów autobusu. :D Czasem, jak się za bardzo zachwyci sam sobą, to nie trafia jeszcze rączką w rączkę, ale rozumie to moje "kosi-kosi" i reaguje.
Jestem dumna jak nie wiem co! :D
Swoją drogą - coś jest z tym dziesiątym miesiącem, że nagle dzieciaki zaczynają łapać takie społeczne zachowania, te klaskania, "papa", buziaki i inne takie cuda. Jest to fantastyczne o tyle, że wcześniej dziecko jest takim małym kosmosem dla siebie samego. Owszem - mama i tata są potrzebni, ale dziecko głównie obserwuje i jest skupione raczej na odkrywaniu siebie samego: rączek, nóżek, turlania itd. I nagle, chciałoby się powiedzieć "z dnia na dzień" (choć to oczywiście nieprawda jest) zaczyna być jednostką bardzo uspołecznioną, nagle rozumie język, którym do niego mówią, gesty i zachowania.
Naprawdę, nigdy mnie to nie przestanie zadziwiać, jak to jest pomyślane wszystko. I teraz mogę tego doświadczać, a nie tylko o tym czytać w książkach czy na blogach innych mam. Bo to jest zupełnie inna jakość.
Brawa dla Antoszka! A że apetyt rośnie w miarę jedzenia - czekam na nowe cuda!
Więc dziś tylko o... KLASKANIU! Tak, tak, dopiero co marudziłam, że Antek ma w nosie moje "kosi-kosi" i nagle dziś załapał. :D Coś tam po powrocie ze spaceru zaczął rączką o rączkę uderzać, nawet zwróciłam na to uwagę Adama, ale mąż się nie zachwycił. Że to niby przez przypadek, żebym sobie nie wkręcała przedwcześnie. :P Odwieźliśmy więc z Antkiem tatusia na samolot (krótka wizyta w Polsce), a w drodze powrotnej autobusem Antek klaskał i klaskał, ku uciesze mojej i części pasażerów autobusu. :D Czasem, jak się za bardzo zachwyci sam sobą, to nie trafia jeszcze rączką w rączkę, ale rozumie to moje "kosi-kosi" i reaguje.
Jestem dumna jak nie wiem co! :D
Swoją drogą - coś jest z tym dziesiątym miesiącem, że nagle dzieciaki zaczynają łapać takie społeczne zachowania, te klaskania, "papa", buziaki i inne takie cuda. Jest to fantastyczne o tyle, że wcześniej dziecko jest takim małym kosmosem dla siebie samego. Owszem - mama i tata są potrzebni, ale dziecko głównie obserwuje i jest skupione raczej na odkrywaniu siebie samego: rączek, nóżek, turlania itd. I nagle, chciałoby się powiedzieć "z dnia na dzień" (choć to oczywiście nieprawda jest) zaczyna być jednostką bardzo uspołecznioną, nagle rozumie język, którym do niego mówią, gesty i zachowania.
Naprawdę, nigdy mnie to nie przestanie zadziwiać, jak to jest pomyślane wszystko. I teraz mogę tego doświadczać, a nie tylko o tym czytać w książkach czy na blogach innych mam. Bo to jest zupełnie inna jakość.
Brawa dla Antoszka! A że apetyt rośnie w miarę jedzenia - czekam na nowe cuda!