Fajnie jest czasem mieszkać w dużym mieście, gdzie centra handlowe robią różnego rodzaju imprezy tematyczne. Wiadomo - nie robią ich po to, by ludziom było fajnie, tylko dla promocji i zysku, ale tym razem mi też się udało skorzystać. :)
Poznań PLAZA zrobił w ten weekend imprezę dla kobiet w ciąży pod hasłem: "Szczęśliwa mama=szczęśliwe dziecko". Porady wszelakie, od kosmetycznych po laktacyjne, aerobik dla kobiet w ciąży, pokazy masażu niemowląt, kąpieli, szkoła chustonoszenia, bezpłatne badania USG 2D i 4D, różne konkursy i mnóstwo ulotek wciskanych mamom na każdym kroku. :P A co - wybraliśmy się dziś z mężem, choćby po to, żeby sobie zobaczyć, co tam dają i czy to fajne. Siedzenie w domu cały dzień to byłaby porażka, a spacer jest teraz ryzykowną sprawą, bo pogoda się nie może zdecydować, czy jest ciepło i słonecznie czy leje jak z cebra.
I wiecie co? Wygrałam nowiuteńką, śliczną chustę firmy Nati! Dokładnie w takim kolorze, jak ta:
Pytanie było o rodzaj splotu w chustach. :) Cieszę się bardzo, choć już jedną chustę mam, ale ta jest zupełnie nowa no i generalnie fajnie jest coś wygrać. :) Na USG 4D i tak nie miałam żadnych szans, bo jestem już za "stara" ciążowo (tylko do 30 tygodnia robią), a poza tym lista chętnych zapisanych była baaaaardzo długa. ;) Dostałam też próbki różnych kosmetyków do pielęgnacji poporodowej i dla bobaska, pogadałam z bardzo śmieszną, ale fajną pielęgniarką środowiskową i wypad do centrum zaliczam do udanych. :D
Tymczasem nadal bujamy się z Antoszkiem "all-in-one", herbatki z liści malin piję od dwóch dni (są bardzo smaczne! Aż się zdziwiłam! I wcale ich nie muszę słodzić.), dziś myłam okna, był też fajny sex... niestety bobas nie daje się zaprosić na ten świat. Czekam więc i powoli, niespiesznie, pakuję torbę do szpitala (bo jeszcze tego nie zrobiłam). 39 tydzień zaczęty.
niedziela, 8 sierpnia 2010
piątek, 6 sierpnia 2010
Otwieram się
No to sobie pomarudziłam, wylałam złość do świata na nieistotne sprawy i od razu mi lepiej. :) A także dzięki temu, że dziś rano wrócił mój kochany i teraz już nam nic mądrzejszego nie zostaje do roboty, jak oczekiwać na wyklucie się kaczątka. :)
Wszelkie bariery psychiczne, jakie sobie narzuciłam na ten tydzień, zostają niniejszym uznane za nieważne. Otwieram się na możliwość porodu w każdym momencie, bez lęku i na spokojnie. Jutro kończę 38 tydzień i już zupełnie nic nie stoi na przeszkodzie ku temu, ani fizycznie ani psychicznie. Podbiłam książeczkę ubezpieczeniową, kupiłam liście malin do zaparzania, aspirator do noska dla maleństwa, zrobiłam sobie ładny spacerek po mieście... Czuję, że coś robię dla siebie i dziecka. Gnicie przed komputerem przez 4 dni z rzędu na pewno tego poczucia nie zapewniały. :P A co najważniejsze - jest z nami Adam, więc mam już pewność, że nie zostanę sama w razie porodu, że ktoś będzie o mnie dbał przez te parę (paręnaście?) godzin skurczy i parcia, i że razem ze mną będzie przeżywał ten niesamowity moment. :) Taki komfort psychiczny pozwala mi myśleć o porodzie na zupełnym luzie. :) Co ma być to będzie, na końcu i tak czeka wielkie-małe szczęście w postaci Antoszka. :)
Także sezon porodowy uważam za otwarty. :) Tym bardziej, że "sierpniówki" już ruszyły do akcji (Ivette, Bobrowa chyba też...).
Wszelkie bariery psychiczne, jakie sobie narzuciłam na ten tydzień, zostają niniejszym uznane za nieważne. Otwieram się na możliwość porodu w każdym momencie, bez lęku i na spokojnie. Jutro kończę 38 tydzień i już zupełnie nic nie stoi na przeszkodzie ku temu, ani fizycznie ani psychicznie. Podbiłam książeczkę ubezpieczeniową, kupiłam liście malin do zaparzania, aspirator do noska dla maleństwa, zrobiłam sobie ładny spacerek po mieście... Czuję, że coś robię dla siebie i dziecka. Gnicie przed komputerem przez 4 dni z rzędu na pewno tego poczucia nie zapewniały. :P A co najważniejsze - jest z nami Adam, więc mam już pewność, że nie zostanę sama w razie porodu, że ktoś będzie o mnie dbał przez te parę (paręnaście?) godzin skurczy i parcia, i że razem ze mną będzie przeżywał ten niesamowity moment. :) Taki komfort psychiczny pozwala mi myśleć o porodzie na zupełnym luzie. :) Co ma być to będzie, na końcu i tak czeka wielkie-małe szczęście w postaci Antoszka. :)
Także sezon porodowy uważam za otwarty. :) Tym bardziej, że "sierpniówki" już ruszyły do akcji (Ivette, Bobrowa chyba też...).
wtorek, 3 sierpnia 2010
Marudząca
Żeby nie było, że mi w tej ciąży ciągle błogo i fajnie, to sobie teraz publicznie pomarudzę. :P W końcu to ponoć takie polskie. :P
Dziewiąty miesiąc, choć ostatni i powinien wiązać się z cudem oczekiwania na Ten Dzień, jest dla mnie zupełnie niefajny. Fajne są tylko ruchy Antoszka w brzuszku, ale to mam od dawna i w niczym ten konkretny miesiąc już nie różni się od poprzedniego. Za to ogarnęło mnie ogólne znużenie noszeniem brzucha o rozmiarach dorodnego arbuza (patrz notka "Ach ten krzyż"), a także fakt, że waga niebezpiecznie zbliża się w okolice 80kg, a moje pośladki i uda, oprócz tego, że pełne cellulitu (co akurat przeszkadza mi najmniej), są wielkie jak u słonicy. Wchodzę już tylko w trzy zestawy ubrań i chodzę w nich na okrągło, przez co czuję się jak przysłowiowa "dziadówa". :/ A w szafie wisi tyle fajnych opcji "na lato" i wszystkie w tym roku powiszą sobie tak, niewykorzystane. Choć zawsze jest szansa, że jeszcze końcówka sierpnia i wrzesień będą ciepłe i słoneczne, ale tego nie wiemy. Więc się wkurzam, jak mam gdzieś wyjść z domu, że znów w tym samym. Jak mantrę powtarzałam przez dwa tygodnie mojemu mężowi, że "ja nie mam się w co ubrać". Wiem - to próżne może i głupie, ale tu wakacje mijają, a ja nie mogę się "pokazać na mieście", poczuć seksi-flexi i ponętnie. Teraz mam luz o tyle, że nigdzie nie muszę wychodzić, więc do szafy nie zaglądam, a po domu chodzę w swojej ulubionej tunice-szmatce.
Oprócz "dramatu ciuchowego" pojawiają się też bóle różnego rodzaju w stopniu natężonym (zwłaszcza nerwu kulszowego w prawej nodze-prawym pośladku), poczucie spowolnienia ruchowego, kołysanie się z nóżki na nóżkę podczas chodzenia (jak prawdziwa kaczuszka! :P), ucisk na pęcherz itp. Ucisk mojego dzieciątka na nerw w prawej nodze mam od dawna, objawia się okresowym "kłuciem" przy stawaniu na tą nogę. Czasem wręcz nie da się na nią stanąć, jak ten nacisk jest mocniejszy. Ale dopóki to było "raz na jakiś czas" i w osamotnieniu od innych dolegliwości, nie zawracałam sobie tym głowy i żyłam radośnie. Teraz nazbierało się tych różnych boleści i ograniczeń tyle, że frustracja włączyła się na max. Qrcze, nie dość, że jestem w przysłowiowej poczekalni (bo do tego się głównie sprowadza życie w ostatnim miesiącu ciąży - do czekania na poród), to na dodatek nie mogę sobie "zakłócić" tego czekania jakąś mądrą aktywnością, bo albo nic mi nie wolno (nie dźwigać, nie biegać, nie przemęczać się) albo nic już nie mogę ze względu na ból i ociężałość. Grrr!
Nic dziwnego, że kobiety czekają na dzień porodu jak na wybawienie, nawet jeśli boją się bólu porodowego. W pewnym sensie faktycznie jest to koniec długiej drogi, której końcówka wydaje się gorsza, niż cała reszta razem wzięta. Ja też czekam, choć bez lęku - fascynuje mnie poród i to "jak to będzie". Ale do piątku jeszcze nic z tego, czekamy na Adama i jego powrót. A potem rozpocznę ostre negocjacje z Antosiem, żeby nie przeginał sprawy i czem prędzej się wykluwał, zanim wykończy mnie to czekanie.
Dziewiąty miesiąc, choć ostatni i powinien wiązać się z cudem oczekiwania na Ten Dzień, jest dla mnie zupełnie niefajny. Fajne są tylko ruchy Antoszka w brzuszku, ale to mam od dawna i w niczym ten konkretny miesiąc już nie różni się od poprzedniego. Za to ogarnęło mnie ogólne znużenie noszeniem brzucha o rozmiarach dorodnego arbuza (patrz notka "Ach ten krzyż"), a także fakt, że waga niebezpiecznie zbliża się w okolice 80kg, a moje pośladki i uda, oprócz tego, że pełne cellulitu (co akurat przeszkadza mi najmniej), są wielkie jak u słonicy. Wchodzę już tylko w trzy zestawy ubrań i chodzę w nich na okrągło, przez co czuję się jak przysłowiowa "dziadówa". :/ A w szafie wisi tyle fajnych opcji "na lato" i wszystkie w tym roku powiszą sobie tak, niewykorzystane. Choć zawsze jest szansa, że jeszcze końcówka sierpnia i wrzesień będą ciepłe i słoneczne, ale tego nie wiemy. Więc się wkurzam, jak mam gdzieś wyjść z domu, że znów w tym samym. Jak mantrę powtarzałam przez dwa tygodnie mojemu mężowi, że "ja nie mam się w co ubrać". Wiem - to próżne może i głupie, ale tu wakacje mijają, a ja nie mogę się "pokazać na mieście", poczuć seksi-flexi i ponętnie. Teraz mam luz o tyle, że nigdzie nie muszę wychodzić, więc do szafy nie zaglądam, a po domu chodzę w swojej ulubionej tunice-szmatce.
Oprócz "dramatu ciuchowego" pojawiają się też bóle różnego rodzaju w stopniu natężonym (zwłaszcza nerwu kulszowego w prawej nodze-prawym pośladku), poczucie spowolnienia ruchowego, kołysanie się z nóżki na nóżkę podczas chodzenia (jak prawdziwa kaczuszka! :P), ucisk na pęcherz itp. Ucisk mojego dzieciątka na nerw w prawej nodze mam od dawna, objawia się okresowym "kłuciem" przy stawaniu na tą nogę. Czasem wręcz nie da się na nią stanąć, jak ten nacisk jest mocniejszy. Ale dopóki to było "raz na jakiś czas" i w osamotnieniu od innych dolegliwości, nie zawracałam sobie tym głowy i żyłam radośnie. Teraz nazbierało się tych różnych boleści i ograniczeń tyle, że frustracja włączyła się na max. Qrcze, nie dość, że jestem w przysłowiowej poczekalni (bo do tego się głównie sprowadza życie w ostatnim miesiącu ciąży - do czekania na poród), to na dodatek nie mogę sobie "zakłócić" tego czekania jakąś mądrą aktywnością, bo albo nic mi nie wolno (nie dźwigać, nie biegać, nie przemęczać się) albo nic już nie mogę ze względu na ból i ociężałość. Grrr!
Nic dziwnego, że kobiety czekają na dzień porodu jak na wybawienie, nawet jeśli boją się bólu porodowego. W pewnym sensie faktycznie jest to koniec długiej drogi, której końcówka wydaje się gorsza, niż cała reszta razem wzięta. Ja też czekam, choć bez lęku - fascynuje mnie poród i to "jak to będzie". Ale do piątku jeszcze nic z tego, czekamy na Adama i jego powrót. A potem rozpocznę ostre negocjacje z Antosiem, żeby nie przeginał sprawy i czem prędzej się wykluwał, zanim wykończy mnie to czekanie.
niedziela, 1 sierpnia 2010
Sprzątanie, mycie i inne czynności przygotowawcze
Jutro mój małż ucieka na parę dni do pracy, ale potem zostaje już z nami na dłużej (czytaj: 3 miesiące). Hip-hip-hura! Fajnie jest mieć pracę zagramanicą, gdzie istnieje możliwość urwania się na urlop rodzicielski na 14 tygodni, i to bez różnicy, czy się jest matką czy ojcem dziecka. Bo tatusiowie też są potrzebni. :)
Póki jeszcze jest tu, Adam razem ze mną doprowadza dom do stanu idealnego. Wszystko pierzemy, myjemy, wykańczamy niedokończone po remoncie listwy przypodłogowe, myjemy okna, odkurzamy po sto razy, segregujemy i układamy na miejsca rzeczy, które miesiącami leżały byle gdzie. Dom ma lśnić i czekać w pełnej gotowości, tak jak i my. :P Z rzeczy "do zrobienia" zostało jeszcze pranie dywanu w pokoju (jest biały w czerwone kwiaty i każdy brud, kurz czy rozlane picie widać na nim BARDZO) oraz malowanie balkonu, które odkładamy od zeszłego roku. No i odrobaczanie kotusia, ale to jest do zrobienia od ręki, tylko chwilowo nie mamy autka, żeby z Filkiem do weterynarza podjechać, a w tramwajach kot dostaje ataku paniki i wolę mu tego oszczędzić.
Czyli: rodzina kaczorków szykuje się pełną parą na przyjęcie na pokład nowego lokatora. :) Wszystkie niedokończone sprawy muszą zostać dokończone, żeby skupić się już tylko na bobasku i nie dokładać sobie dodatkowych stresów. Bobas tymczasem grzecznie siedzi w brzuszku, wciska się mamie w pęcherz moczowy i tak sobie spędza ostatnie tygodnie płodowego życia. :)
Póki jeszcze jest tu, Adam razem ze mną doprowadza dom do stanu idealnego. Wszystko pierzemy, myjemy, wykańczamy niedokończone po remoncie listwy przypodłogowe, myjemy okna, odkurzamy po sto razy, segregujemy i układamy na miejsca rzeczy, które miesiącami leżały byle gdzie. Dom ma lśnić i czekać w pełnej gotowości, tak jak i my. :P Z rzeczy "do zrobienia" zostało jeszcze pranie dywanu w pokoju (jest biały w czerwone kwiaty i każdy brud, kurz czy rozlane picie widać na nim BARDZO) oraz malowanie balkonu, które odkładamy od zeszłego roku. No i odrobaczanie kotusia, ale to jest do zrobienia od ręki, tylko chwilowo nie mamy autka, żeby z Filkiem do weterynarza podjechać, a w tramwajach kot dostaje ataku paniki i wolę mu tego oszczędzić.
Czyli: rodzina kaczorków szykuje się pełną parą na przyjęcie na pokład nowego lokatora. :) Wszystkie niedokończone sprawy muszą zostać dokończone, żeby skupić się już tylko na bobasku i nie dokładać sobie dodatkowych stresów. Bobas tymczasem grzecznie siedzi w brzuszku, wciska się mamie w pęcherz moczowy i tak sobie spędza ostatnie tygodnie płodowego życia. :)
piątek, 30 lipca 2010
Ach, ten krzyż...
Nie, nie będzie to notka na temat tego, czy przed pałacem prezydenckim ma stać krzyż ku pamięci ofiar katastrofy z 10 kwietnia czy nie. :P Będzie o tym, co w końcu dopadło mnie z pełną mocą, a pewnie nie tylko mnie. O bólach w krzyżu.
Dziewiąty miesiąc jest pod tym względem niefajny. W ogóle jest zupełnie niefajny też z wielu innych, ale bóle krzyżowe akurat ostatnio u mnie przeważyły szalę na "nie". Bo nie mogę chodzić na dłuższe spacerki. Buuu! :( Kiedyś okrążałam Maltę, aż miło, łaziłam do centrum handlowego pieszo, pieszo do Rynku, moja kondycja była piękna i cudna. Była. Bo już nie jest. Po godzinie chodzenia czuję, że moje plecy w okolicach krzyża mają już dość. Że im ciężko. Boli. Najlepiej gdzieś usiąść. Najlepiej na dłużej. Najlepiej to w ogóle już nie iść, bo chodzenie męczy nóżki, plecki, a moje tempo marszu jest straszliwie żałosne. :P "Czemu tak biegniesz?" - pytam nieraz mojego męża, kiedy idziemy za rękę ulicami, a on się dziwi, o co mi chodzi. Przecież normalnie idzie, jak zawsze. No bo to ja po prostu już nie nadążam.
Ale ja CHCĘ chodzić na spacery. Naprawdę. Chcę i chodzę, ale widzę już po swoim umordowanym tymi spacerami ciałku, że to już "nie te czasy". Max. godzina, a najlepiej mniej, zanim zacznie boleć tak na serio-serio. Staram się wypychać miednicę do przodu, żeby nie powiększać tego wygięcia w odcinku krzyżowym (bo wtedy boli jeszcze bardziej), ale łatwiej powiedzieć, a trudniej zrobić, jak się niesie przed sobą taki bębenek. Więc krzyż boli, ja się snuję i radość spaceru zamienia się w myślenie o tym, jak daleko jeszcze do domu i jak to fajnie będzie jak już sobie usiądę na miękkiej kanapie i tak tam już zostanę. :P
Perspektywa siedzenia całymi dniami w domu jednak nie przemawia do mnie. Tym bardziej teraz, gdy jest ciepło, ale nie duszno i upalnie, gdy nie ma takiego wielkiego słońca i spacer ma sens. Bo jak dawało czadu po 35 stopni w cieniu to żadna siła, ludzka czy boska, nie była mnie w stanie wygonić poza 4 chłodne mury mieszkania przez zachodem słońca. Ale teraz? No ale teraz strajkuje krzyż. Więc się zżymam trochę, że tak mi ciało psuje resztki planów letnio-wakacyjnych. Ono mi każe przystopować, a ja rzutem na taśmę chcę jeszcze poczuć się "fajna" i aktywna. Zgadnijcie, kto wygra to starcie? ;)
Dziewiąty miesiąc jest pod tym względem niefajny. W ogóle jest zupełnie niefajny też z wielu innych, ale bóle krzyżowe akurat ostatnio u mnie przeważyły szalę na "nie". Bo nie mogę chodzić na dłuższe spacerki. Buuu! :( Kiedyś okrążałam Maltę, aż miło, łaziłam do centrum handlowego pieszo, pieszo do Rynku, moja kondycja była piękna i cudna. Była. Bo już nie jest. Po godzinie chodzenia czuję, że moje plecy w okolicach krzyża mają już dość. Że im ciężko. Boli. Najlepiej gdzieś usiąść. Najlepiej na dłużej. Najlepiej to w ogóle już nie iść, bo chodzenie męczy nóżki, plecki, a moje tempo marszu jest straszliwie żałosne. :P "Czemu tak biegniesz?" - pytam nieraz mojego męża, kiedy idziemy za rękę ulicami, a on się dziwi, o co mi chodzi. Przecież normalnie idzie, jak zawsze. No bo to ja po prostu już nie nadążam.
Ale ja CHCĘ chodzić na spacery. Naprawdę. Chcę i chodzę, ale widzę już po swoim umordowanym tymi spacerami ciałku, że to już "nie te czasy". Max. godzina, a najlepiej mniej, zanim zacznie boleć tak na serio-serio. Staram się wypychać miednicę do przodu, żeby nie powiększać tego wygięcia w odcinku krzyżowym (bo wtedy boli jeszcze bardziej), ale łatwiej powiedzieć, a trudniej zrobić, jak się niesie przed sobą taki bębenek. Więc krzyż boli, ja się snuję i radość spaceru zamienia się w myślenie o tym, jak daleko jeszcze do domu i jak to fajnie będzie jak już sobie usiądę na miękkiej kanapie i tak tam już zostanę. :P
Perspektywa siedzenia całymi dniami w domu jednak nie przemawia do mnie. Tym bardziej teraz, gdy jest ciepło, ale nie duszno i upalnie, gdy nie ma takiego wielkiego słońca i spacer ma sens. Bo jak dawało czadu po 35 stopni w cieniu to żadna siła, ludzka czy boska, nie była mnie w stanie wygonić poza 4 chłodne mury mieszkania przez zachodem słońca. Ale teraz? No ale teraz strajkuje krzyż. Więc się zżymam trochę, że tak mi ciało psuje resztki planów letnio-wakacyjnych. Ono mi każe przystopować, a ja rzutem na taśmę chcę jeszcze poczuć się "fajna" i aktywna. Zgadnijcie, kto wygra to starcie? ;)
poniedziałek, 26 lipca 2010
Nocny alert
Pierwszy i, mam nadzieję, ostatni atak lekkiej paniki za mną. Przekonałam się, jakie ważne są mimo wszystko wszelkie rutyny dnia codziennego z bobasiątkiem w roli głównej. Ale do rzeczy...
... poszliśmy spać z moim mężem. Buzi-buzi, tuli-tuli i dobranoc. Adam zasypia w 5 sekund, ja nie mam tak łatwo: muszę się pięć razy poprzekręcać. Bo albo noga mi cierpnie, albo biodro boli, albo brzuch ciągnie itd. Zresztą nawet bez ciąży kręciłam się wieczorami w łóżku, szukając najlepszej pozycji do spania. :P I tak leżę i czuję, że mi czegoś brak. Antoszek się nie rusza w brzuszku! A zawsze, powtarzam ZAWSZE, wieczorem wyczyniał jeszcze swoje harce. I tak mnie do tego wieczornego rytuału przyzwyczaił, że zaczęłam się niepokoić. No bo dlaczego on się nie rusza? Śpi? A może zawinął się w pępowinę i się tam poddusza czy co?? (na moje nieszczęście, Adam rano coś-tam gadał właśnie o tym, czy on może się tą pępowiną owinąć i widocznie mi zostało to w pamięci). Poleżałam tak parę minut, przekręciłam się na drugi bok, na trzeci, na wznak - nic. Zrobiło mi się naprawdę niefajnie na sercu, aż wstałam. Adam też od razu się przebudził z pytaniem, o co chodzi. "Bobas się nie rusza. A zawsze się ruszał. I ja się denerwuję." - mówię. I przez następne kilka minut usilnie staraliśmy się obudzić bobasa, pukaliśmy w brzuch, Adam do niego mówił, ja też. No pełen zestaw. Skończyło się na tym, że przekąsiłam dwie czekoladki na noc, bo po jedzonku on też zwykle brykał. Nic, nic... czekamy, pukamy, ja już nie na żarty wystraszona. Już się zastanawiam, czy jechać do szpitala i czy to nie jest przesada... ale jeśli coś... a jeśli nic i tylko bez sensu tam pojadę... i czekamy...
Po jakichś 10 minutach coś się lekko zakręciło w brzuszku. Ale słabo. ZA SŁABO. Nie przekonuje mnie to, czekam dalej. Znów coś lekko zabulgotało. Potem drugi raz. Potem trochę mocniej. Uffff... Dopiero po długich minutach tulenia się do Adama i silniejszych kopniaczkach Antosia mogłam zasnąć. Bo wszystko ok, po prostu mały spał o takiej nietypowej dla siebie porze. I nas tym wystraszył, skubany. Widocznie wieczorny koncert nad Maltą, na który sobie poczłapaliśmy, go wymęczył hałasem i tyle. Ale jednak ten lęk... brzuchy ciężarnych powinny stawać się na życzenie przezroczyste, żeby można było zobaczyć, co tam z dzieckiem. A w ogóle to ja już chcę poród.
... poszliśmy spać z moim mężem. Buzi-buzi, tuli-tuli i dobranoc. Adam zasypia w 5 sekund, ja nie mam tak łatwo: muszę się pięć razy poprzekręcać. Bo albo noga mi cierpnie, albo biodro boli, albo brzuch ciągnie itd. Zresztą nawet bez ciąży kręciłam się wieczorami w łóżku, szukając najlepszej pozycji do spania. :P I tak leżę i czuję, że mi czegoś brak. Antoszek się nie rusza w brzuszku! A zawsze, powtarzam ZAWSZE, wieczorem wyczyniał jeszcze swoje harce. I tak mnie do tego wieczornego rytuału przyzwyczaił, że zaczęłam się niepokoić. No bo dlaczego on się nie rusza? Śpi? A może zawinął się w pępowinę i się tam poddusza czy co?? (na moje nieszczęście, Adam rano coś-tam gadał właśnie o tym, czy on może się tą pępowiną owinąć i widocznie mi zostało to w pamięci). Poleżałam tak parę minut, przekręciłam się na drugi bok, na trzeci, na wznak - nic. Zrobiło mi się naprawdę niefajnie na sercu, aż wstałam. Adam też od razu się przebudził z pytaniem, o co chodzi. "Bobas się nie rusza. A zawsze się ruszał. I ja się denerwuję." - mówię. I przez następne kilka minut usilnie staraliśmy się obudzić bobasa, pukaliśmy w brzuch, Adam do niego mówił, ja też. No pełen zestaw. Skończyło się na tym, że przekąsiłam dwie czekoladki na noc, bo po jedzonku on też zwykle brykał. Nic, nic... czekamy, pukamy, ja już nie na żarty wystraszona. Już się zastanawiam, czy jechać do szpitala i czy to nie jest przesada... ale jeśli coś... a jeśli nic i tylko bez sensu tam pojadę... i czekamy...
Po jakichś 10 minutach coś się lekko zakręciło w brzuszku. Ale słabo. ZA SŁABO. Nie przekonuje mnie to, czekam dalej. Znów coś lekko zabulgotało. Potem drugi raz. Potem trochę mocniej. Uffff... Dopiero po długich minutach tulenia się do Adama i silniejszych kopniaczkach Antosia mogłam zasnąć. Bo wszystko ok, po prostu mały spał o takiej nietypowej dla siebie porze. I nas tym wystraszył, skubany. Widocznie wieczorny koncert nad Maltą, na który sobie poczłapaliśmy, go wymęczył hałasem i tyle. Ale jednak ten lęk... brzuchy ciężarnych powinny stawać się na życzenie przezroczyste, żeby można było zobaczyć, co tam z dzieckiem. A w ogóle to ja już chcę poród.
czwartek, 22 lipca 2010
Skurczam się
Pojawiały się już wcześniej, ale raz na ruski rok i kompletnie nie zawracałam sobie nimi głowy. Nie biegałam w panice na każde ukłucie w brzuchu, bo to ponoć normalne - macica się najpierw rozkurcza, a potem zaczyna się przygotowywać do porodu. Ale wczoraj miałam mały przedsmak skurczów jako takich, wielokrotnych, które w sumie ciągnęły się przez ponad godzinę, z różnym natężeniem i częstotliwością. Dziwne uczucie - siedzi sobie człowiek w kuchni, uskutecznia pogawędkę z babcią, a tu skurcz. I kolejny. I znów. O! Teraz jakiś mocniejszy. Tymczasem rozmowa leci sobie w najlepsze, pogryzam sobie brzoskwinkę i zupełnie nic po mnie nie widać. Rozdwojenie jaźni w takiej sytuacji to niesamowita sprawa: połowa mnie skupiona na konwersacji, a druga połowa świadoma każdego skurczu, obserwująca siebie samą i własne reakcje na te skurcze. Potęga psychiki zadziwia mnie w takich sytuacjach.
Kilka spostrzeżeń:
- skurcze nie tyle bolą, ile kłują. Podobnie, jak przy miesiączce, tylko słabiej a częściej. Do przeżycia;
- da się robić mnóstwo rzeczy w trakcie i między skurczami, choć cały czas ma się świadomość, że "one tam są";
- jak się chodzi, to w ogóle nic nie czuć;
- podobnie, jak się kołysze biodrami, np. na stojąco;
- oddychanie pomaga (ja wiem, że oddychanie to żadna filozofia, ale jednak przy skurczu trochę się człowiek spina, skraca oddech, a to pogarsza sprawę);
- ciepła kąpiel totalnie rozluźnia i skurcze idą sobie precz. Przynajmniej te przepowiadające. :P Ale mniej więcej o to chodziło. :)
Nawet sobie pomyślałam przez chwilę, że może się tak zdarzyć, że urodzę właśnie tego dnia. Pomyślałam i przyjęłam do wiadomości. Spokojnie. Co prawda byłaby to groteska, bo byliśmy z mężem z wizytą u rodziny, zero "wyprawki" ze sobą, żadnych podkładów, ubranek ani nic (choć kartę ciąży wzięłam ze sobą, bo a nóż-widelec...), nazajutrz rano (czyli dziś rano) mieliśmy wracać i to dość pilnie i taki poród trochę by nam popsuł plany. Na szczęście bobasek jeszcze nie chce się wykluwać, tak sobie tylko ćwiczy. :)
W ten sposób kończymy 8 miesiąc. Ostatnia prosta. I tylko upał mnie znów morduje.
Kilka spostrzeżeń:
- skurcze nie tyle bolą, ile kłują. Podobnie, jak przy miesiączce, tylko słabiej a częściej. Do przeżycia;
- da się robić mnóstwo rzeczy w trakcie i między skurczami, choć cały czas ma się świadomość, że "one tam są";
- jak się chodzi, to w ogóle nic nie czuć;
- podobnie, jak się kołysze biodrami, np. na stojąco;
- oddychanie pomaga (ja wiem, że oddychanie to żadna filozofia, ale jednak przy skurczu trochę się człowiek spina, skraca oddech, a to pogarsza sprawę);
- ciepła kąpiel totalnie rozluźnia i skurcze idą sobie precz. Przynajmniej te przepowiadające. :P Ale mniej więcej o to chodziło. :)
Nawet sobie pomyślałam przez chwilę, że może się tak zdarzyć, że urodzę właśnie tego dnia. Pomyślałam i przyjęłam do wiadomości. Spokojnie. Co prawda byłaby to groteska, bo byliśmy z mężem z wizytą u rodziny, zero "wyprawki" ze sobą, żadnych podkładów, ubranek ani nic (choć kartę ciąży wzięłam ze sobą, bo a nóż-widelec...), nazajutrz rano (czyli dziś rano) mieliśmy wracać i to dość pilnie i taki poród trochę by nam popsuł plany. Na szczęście bobasek jeszcze nie chce się wykluwać, tak sobie tylko ćwiczy. :)
W ten sposób kończymy 8 miesiąc. Ostatnia prosta. I tylko upał mnie znów morduje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
