środa, 15 maja 2013

Sumując

   Polecieliśmy na Ibizę na 7 dni. 5 dni lało.

   Any questions?

   Fuck.

   Z przemęczenia, braku możliwości wylegiwania się na plaży (albo chociaż spędzania całych dni na świeżym powietrzu) znów mnie trafił szlag na tym wyjeździe, wydarłam się na Antka raz okrutnie, coś o debilach było i że mam go dość. Qrcze - dramat. :/ Raz go za rękę szarpałam, raz go prawie zostawiłam na środku drogi wyjącego, bo mnie krew zalała. Ogólnie ten wyjazd się nie udał. Chociaż zdjęcia są całkiem-całkiem. I naprawdę nie było cały czas do doopy, ale te kilka epizodów mojej wściekłości spowodowało, że w końcu przełamałam się.

   Umówiłam się do psychologa. Na przyszły wtorek. Wish me luck.

   Dla mnie to jest ostateczna porażka. Moja. Że nie jestem taką mamą jak sobie przysięgałam być. Miało być rodzicielstwo bliskości, wspieranie, kochanie, tulenie i wyrozumiałość. Ostatnio zaś jest wrzask, przekleństwa, szarpanie, bicie i takie tam. Nie, nie codziennie. Ale coraz częściej, widzę, jak spirala się nakręca. I czas to przerwać, dla dobra moich dzieci. Żeby się potem nie musiały leczyć z traumy "trudnego dzieciństwa" u psychologów, tak jak ja niestety muszę.

   W małżeństwie kryzys. Mąż zajął się swoim życiem, jest jakiś podział na "my" (ja i dzieci) i "on". Zdychałam po tej Ibizie na brak kontaktu z nim, na samotność emocjonalną, parę dni przepłakałam, w końcu odbyła się jakaś oczyszczająca rozmowa... hmmm... mój monolog łzawy... z której niby coś tam wynika, ale nie za wiele jak dla mnie. Bo on głównie słuchał i niewiele powiedział od siebie, chociaż go pytałam, namawiałam do szczerości. Może za dużo wymagam? Także wylałam z siebie żółć i gorycz, ale wcale nie mam poczucia, że to załatwia całą sprawę. I ten psycholog to też stąd - chcę w końcu, żeby ktoś mnie wysłuchał tak naprawdę i powiedział mi te właściwe rzeczy. I niekoniecznie to są słowa "Tak, to moja wina, postaram się to zmienić", bo nie chodzi o szukanie winnych, tylko o wspólny czas, wspólne życie, naszą więź. Żebyśmy oboje o nią dbali, zwłaszcza teraz, gdy mamy dwoje dzieci i jest tak cholernie trudno znaleźć moment tylko dla siebie... Ech...

   No i w Dublinie nadal max. 10 stopni, odczuwalna temperatura ok. 7, bo wieje przenikliwy wiatr. Pada codziennie. Jest połowa maja. Gdzie jest WIOSNA??? Ani wyjść z dziećmi ani nic, kisimy się w domu, Antka roznosi energia (czytaj: demoluje wszystko), Ala miągwi, że na ręce i na ręce (chyba lęk separacyjny jej się załączył przez to raczkowanie, stawanie itd.), a ja staram się ze wszystkich sił dotrwać do wtorku w zadowalającej kondycji psychicznej.

   Sumując: ten rok jest przeklęty. A nawet w połowie nie jesteśmy...

23 komentarze:

  1. myślisz że dlaczego ja tak o gniewie ostatnio non stop piszę?
    ale ogólnie współczuję, też to przechodziłam, ale w końcu jakoś to wszystko się ułożyło, dzięki mojej pracy i PbP (psycholog o kant dupy mi się trafił więc sobie darowałam juz po pierwszej wizycie).. trzymam kciuki i jakby co jestem do dyspozycji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że powinno mnie pocieszać, że "inni też tak mają", ale jednak mnie nie pociesza. Bo widzę, jak krzywdzę mojego kochanego synka. I też sobie kiedyś myślałam, że "sama sobie z tym poradzę". Ale nie radzę sobie. :(

      3maj kciuki, żeby psycholożka okazała się pomocna. Bo jak będzie do doopy, to nie wiem, co dalej.

      Usuń
  2. Porażka, że potrzebujesz psychologa? Bo jeśli tak, to uważam, że to właśnie Twoje pierwsze zwycięstwo - nie dajesz się dalej wkręcić w tę spiralę tylko chcesz to przerwać.
    I jeśli psycholog będzie mądry to sama dojdziesz przy nim do odpowiednich wniosków i rozwiązań.
    A co do męża, z ostatnich notek bardzo dało się odczuć jego brak w Waszych codziennych sprawach, Twoją tęsknotę i poirytowanie. To tylko moje, może błędne, obserwacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz- jakoś tak na rozum, to ja wiem, że wizyta u psychologa jest dobrym krokiem, ale wpojone od dziecka przekonanie, że "trzeba sobie radzić samemu" mówi mi, że właśnie przegrałam, bo nie umiem SAMA. :/

      Dziękuję Ci, mamo, za zaszczepienie perfekcjonizmu. :/

      Usuń
    2. ja skończyłam psychologię (ale nie jestem psychoterapeutą), moja mama w chwilach złości, a ma ich sporo, mówi mi ironicznie "pani psycholog". Często w kłótniach z nią z bezsilności płaczę, wtedy słyszę "pani psycholog, a nie umie poradzić sobie z problemami". Ewidentnie pokolenie naszych matek jest sfrustrowane i niestety najłatwiej tę frustrację wyładować na dzieciach. A my biernie przejmujemy złe wzory :( Ja też walczę z wieloma głupimi zchowaniami z mojej strony.

      Usuń
    3. O widzisz, ja nie skończyłam psychologii, ale 5 lat studiowałam i też teorię mam w małym paluszku. ;) I co z tego?

      Usuń
  3. Ach czytam Twojego bloga już jakiś czas ale nie komentowałam co najwyżej wysyłałam pozytywną wirtualną energię.
    Wcale nie powinno Cię pocieszać, że "inni też tak mają". To chyba nigdy nie pociesza. Nie bądź dla siebie surowa, najważniejsze, że widzisz swoje potknięcia i chcesz się zmienić. Polecam Ci książkę Agnieszki Stein "Dziecko z bliska". Mi poukładała dużo odnośnie rodzicielstwa bliskości. Czasem chce się szybciej, inaczej coś zrobić niż chce to dziecko, czasem jest się zmęczonym i nie ma sił by dawać wsparcie dziecku bo samemu się tego wsparcia potrzebuje. Gdy czujesz, że wzbiera w Tobie złość, chcesz krzyknąć, szarpnąć itp. po pierwsze ODDYCHAJ, jeśli masz możliwość zdystansuj się fizycznie, zrób krok w tył. Lepiej stać w milczeniu i odległości od dziecka niż żałować swojej reakcji.

    Myślę, że tak generalnie to najpierw trzeba napełnić swój bak paliwem, by móc go dawać dziecku. Dbaj o siebie, myśl, analizuj swoje potrzeby niezaspokojone, może kryją się gdzieś bardzo głęboko i ciężko będzie się do nich dokopać.
    Z każdej porażki można się podnieść i tego Ci z całego serca życzę.
    PS: Nasze córcie są prawie w tym samym wieku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że nawet mam "Dziecko z bliska" na półce, nawet chyba zaczęłam czytać, ale czasu brak na czytanie o wychowaniu, kiedy tyle innych potrzeb krzyczy o uwagę... Bo mój bak z paliwem, jak to ujęłaś, to już ciągnie na oparach...

      Ty też Ania? Bo ja też. :) A córeczka ile ma?

      Usuń
    2. Ania :) a córcia Ulcia. No to Ty za chwilę będziesz perpetum mobile ;)

      Usuń
  4. Trzymam kciuki... :***
    Dobrze, że reagujesz. Mam nadzieję, że psycholog pomoże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam nadzieję. Dzięki za kciuczenie. :)

      Usuń
  5. za dużo od siebie wymagasz, jestes przeciez clzowiekiem a nie maszyna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co racja to racja, ale żeby to było takie proste, jak piszesz... no nie jest po prostu. :/

      Usuń
  6. Czytam Twojego bloga od dawna, choć raczej nie komentuję. Myślę jednak, że jesteś fajną, silną kobietą i wierzę, że dasz radę. Ważne, że widzisz to, co jest nie tak i chcesz coś z tym zrobić. Psycholog to dobry pomysł, mam nadzieję, żę trafisz na kogoś naprawdę sensownego, kto Ci pomoże.
    Ale wydaje mi się też, że warto, żebyś spróbowała namówić męża, żeby dał Ci trochę oddechu od dzieci. Po prostu wyjdź z domu. Najlepiej na dłużej, gdziekolwiek, wymyśl coś sobie. To Ci pomoże nabrać dystansu, uporządkować myśli, emocje. Wiem po sobie, że każda z nas potrzebuje czasu tylko dla siebie, szczególnie jeśli całe dnie spędzamy z dziećmi. Wiem, że Wam jest bardzo ciężko, bo nie macie nikogo do pomocy, ale spróbuj o to zawalczyć. Dla dobra Was wszystkich.
    Trzymam kciuki za Was wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie bym sobie wyszła, wierz mi... ale nie mam gdzie. Znaczy - gdzie, to bym jeszcze może i miała, ale sama. :( Bo moje znajome to matki z dziećmi i one też wiecznie nie mają czasu na spotkania, bo albo pracują, albo dzieci chore, albo mąż pracuje i ona nie ma z kim zostawić dziecka itd. Więc mogłabym wyjść sama, ale jakieś to smutne takie... :/

      Ludzi mi strasznie brak koło mnie ostatnimi czasy.

      Usuń
  7. Sumując to jesteś zmęczona, niewyspana, brakuje Ci wsparcia ze strony męża, no i cały czas jesteś dla swoich dzieci, a masz mało czasu dla siebie. Dobrze, że szukasz pomocy u psychologa, ale w takiej sytuacji trudno być zawsze spokojną i opanowaną. Rozumiem Cię, bo sama nieraz mam takie dołki i zawsze jestem przerażona, że skrzywdzę moje dzieci :( Ale zauważyłam, że głównie chodzi o bliskość z mężem (przynajmniej u mnie), jak czuję, że mnie wspiera, to mam więcej cierpliwości do dzieci i siły. A jak się czuję opuszczona, to wyładowuję się na wszystkich :/
    I pogoda pewnie też robi swoje, u nas już ciepło jak w lecie i od razu łatwiej dzień przeżyć, bo się dzieci bawią na podwórku.
    Pozdrawiam ciepło i życzę dobrej wizyty u psychologa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rivulet - wiesz, jak o tym myślę, to widzę, że w moim przypadku też w dużej mierze chodzi o wsparcie (lub jego brak) ze strony męża. A wsparcia jakby mniej... On przy dzieciach nawet jakoś pomaga, ale między nami to jest pustka ostatnio. :(

      A ty w ogóle piszesz jeszcze bloga? Gdzieś mi zaginął Twój blog z linkowni...

      Usuń
    2. Piszę, piszę, tylko na nowym adresie.
      http://wnaszejbajce.blogspot.com
      Zapraszam ;)
      I mam nadzieję, że będzie między Wami dobrze, takie oddalenie jest dobrym powodem do rozmowy i ożywienia relacji.
      Przytulam :)

      Usuń
  8. Wiesz sa inne alternatywy ale szczerze też miałam taki okres Kiedy krzyczałam i dawałam lanie Matiemu mysle że ten etap mam za sobą. wiesz kiedyś mi znajoma owiedziała ze dobrze jest kiedy jest złośc dziecko odizolowac mój kiedy jestem zła bo się źle zachowuje i płacze bez powodu odsyłany jest do małego pokoiku. Ja czasami ide do kuchni zamykam sie i po prostu wrzeszczę (oczywiście potem mówie że to nie na Matiego tylko tak poprostu bo jestem zła, zdenerwowana) nie na dzieci tylko z bezsilności. i złość przechodzi Mati uspakaja się w małym pokoiku i woła mama już się uspokoiłem a czekam tak długo aż własnie przestanie płakać czasem trwa to 30 min czasem mniej. Ale to lepsze niż bicie czy szarpanie albo krzyczenie

    OdpowiedzUsuń
  9. ohh kochana chyba nie tylko dla Ciebie ten rok jest przeklety, dla nas tez nie najlepszy;/ jakis pechowy;/ psycholog na pewno ci pomoze, zobaczysz :*:*

    OdpowiedzUsuń
  10. Ech, no ja nic oryginalnego nie napisze, bo wszystko zostalo juz napisane. Jestes matka i gospodynia i zona. To sa 3 bardzo czasochlonne i energochlonne prace. I czasem nie starcza juz sily na zwykle bycie kobieta. Na siebie. Na swoje przyjemnosci np.wyjscie z kolezanka na kawe i ploty, podczas gdy role 'matki i gospodyni' przejmie na chwile maz, zwany tata :) I mysle, ze takiego zwyklego czasu dla siebie samej Ci brakuje. To takie niby nic, a sama wiem po sobie ile potrafi dac energi! Ja mam tylko 1 dziecko, ale i 2 prace i dom do tego. I czasem tez nie wyrabiam. Czasem mam gorsze dni, a do tego cora marudzi, bo nie chce sandalow ubrac, tylko kalosze, tlumacze ja, tlumaczy maz, a ta nic tylko te kalosze chce, jak na zewnatrz 25 stopni. W koncu ona sie meczy ta rozmowa i zaczyna marudzic, rzuca butami po przedpokoju, meza zaczyna krew zalewac, a ja mam ochote wybuchnac. Bo ilez mozna tlumaczyc, skoro po 25ciu razach dziecko brnie dalej w te swoje kalosze i kropka? Wiesz co wtedy robie? Wychodze za drzwi. Moze to nie jest dobre podejscie, i na pewno nie tego bym chciala dla swojego dziecka, a milosci, rodzicielstwa bliskosci itp. - tak jak i ty. Ale czasem sie nie da! Zauwazylam, ze odkad Pola nauczyla sie wyrazac swoje potrzeby slownie, odkad jest komunikatywna, to wbrew pozorom czasem gorzej sie z nia dogadac, niz wtedy gdy byla mala i nic nie mowila. Nie protestowala przeciwko spodniom z guzikiem i zamkiem, buty mozna jej bylo ubrac te, ktore byly odpowiednie na dana pogode. A teraz dyskutuje, marudzi, jest uparta jak osiol, ale na szczescie tylko czasami :) I ciezko wtedy zapanowac nad soba... Moj maz wychowany byl surowo, zero marchewki, tylko kijek. I teraz z niego to wychodzi. Do tego w jego rodzinie panowal schemat: "maz wraca z pracy zmeczony i ma miec obiad podany pod nos." Nie wazne, ze zona tez jest zmeczona, bo tez pracuje. Maz ma w domu odpoczywac i tyle. I w okolicach naszego slubu tez poszedl do psychologa. Bo nie mogl sobie poradzic z tym utartym schematem i tym, ze ja chcialam miec w domu partnerstwo. A nie byc sluzaca swojego meza. Jemu niestety psycholog nie pomogl. Byl u niego 3,4 razy. Siadal 'na kozetce' i opowiadal. A psycholog tylko kiwal glowa 'aha', po czym mowil 'czas minal, zapraszam za tydzien' i inkasowal sumke do kieszeni. Maz nie dostal od niego zadnej rady, nie bylo zadnej analizy skad takie, a nie inne zachowanie u niego itp. Dlatego olal kozetke. I jakos wyszedl na prosta.
    Czego i Tobie zycze z calego serca! Jedno dziecko mam, ale wiem ile pracy jest przy dwojce, wiec tym bardziej trzymam mocno kciuki. Za Ciebie i za Was wszystkich! Niech Wam słonce w tej parszywej Irlandii zaswieci w koncu, to moze usmiechy na twarzach sie pokaza i wszelkie chorobska uleca w sina dal! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zapraszam Cię do zabawy, szczegóły u mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Takie są jeszcze uroki wiosny, że zawieje zimniejszy wiatr i pada po kilku ciepłych dniach. Można się wkurzyć, kiedy z urlopem wypadnie się na kiepską pogodę - w końcu wyjechało się po słońce i ciepło ;)

    OdpowiedzUsuń