piątek, 30 grudnia 2011

Zupełnie nie-Antkowo i życzenia noworoczne

   Zwykle tutaj nie piszę o takich sprawach, bo to ma być blog o Antku i dla niego, na pamiątkę. Ale dziś znów znalazłam w sieci, przez znajomą mamę, prośbę o pomoc dla mamy chłopca, który jest ciężko chory, nieuleczalnie. Link do ich strony: http://www.pomocantkowi.tk/index.php
   Kiedyś na wieść o takich dzieciach robiło mi się smutno. Teraz jestem po prostu zdruzgotana, za każdym razem, kiedy czytam podobne historie. Młoda kobieta wraz z jej mężczyzną czekają na Dziecko. Ciąża przebiega wzorcowo, wszystko jest ślicznie. Dom przygotowany, ubranka, wózek, łóżeczko, wybrane imię. A potem rodzi się ten cudowny mały Człowiek i przez chwilę wszystko jest jak w bajce... aż do momentu, kiedy pojawia się problem i diagnoza lekarzy, będąca wyrokiem.
   Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co może czuć matka takiego dziecka. Patrzę na Antka, który czasem mnie wkurza niemiłosiernie, na którego czasem krzyczę, i myślę sobie, że mam cholernie wiele szczęścia. Bo on jest zdrowy. Chodzi. Myśli. Wkrótce zacznie mówić. Nic mu nie dolega, poza katarem raz na przysłowiowy ruski rok. Gdyby się okazało, że coś mu jest... nie wiem, nie potrafię tego ogarnąć umysłem. Straszne, potworne, okropne.
   Na Nowy Rok życzę sobie więcej cierpliwości. Jeszcze więcej. Mnóstwo. Życzę sobie spokoju ducha, gdy Antek krzyczy, rzuca przedmiotami, gdy mnie bije w przypływie wściekłości. Życzę sobie więcej radosnych chwil z moim synem,. Życzę sobie bardziej go kochać takim, jakim jest i nie "urabiać" go, nie łamać. Jest cudem samym w sobie i wspaniałe jest to, że go mam. Życzę sobie o tym pamiętać każdego dnia.

środa, 28 grudnia 2011

Kochany tłuszczyk

   Czy wasze dzieci też mają takie dziwaczne gusta żywieniowe? Antek miewa różne "fazy" na jakiś konkretny produkt/grupę produktów, którymi zajada się np. przez tydzień, a potem już w ogóle ich nie chce. Fazy zmieniają się: była faza na jabłka, na banany, potem faza jogurtowa, pomidorowa, zupowa (dowolne zupy Antek pochłaniał radośnie bez cienia sprzeciwu! Cudowny okres! :P).
   A od dwóch dni ma fazę na jedzenie... tłuszczu. Np. w postaci masła. Pół biedy, gdyby to tylko chodziło o zlizywanie masła z kanapki - Antek bierze kawałek masła w rączki i po prostu zjada go, tak jak się je chrupka albo ciastko. Masakra! Ble! :P A dziś na śniadanie zjadł dwa kawałki masła, a na obiad pół małej miseczki smalcu, który nam został po kulinarnych perypetiach mojego męża. Bleeee! O-HY-DA!
   No ale młodemu smakuje, i widocznie tych tłuszczy mu teraz w diecie bardzo potrzeba, skoro się na nie tak rzucił. Więc mu odkrajam plasterki masełka, gdy o nie prosi, i nie patrzeć za bardzo. ;)
   Jutro ogórkowa. Mam nadzieję, że faza zupowa jeszcze trwa...

wtorek, 27 grudnia 2011

TAM! - czyli gdzie?

  Ulubione słowo Antka w miesiącu grudniu to "tam". "Tam" to może oznaczać dowolny kierunek, czasem nieznany nawet dla samego mówiącego. :P Antoś używa "tam" automatycznie, zawsze na pytanie "gdzie", nawet jeśli nie ma pojęcia, gdzie jest to, o co pytający prosi. Tak więc mama pyta: gdzie jest Twoje autko?, a Antoś natychmiast, rezolutnie, mówi: "Tam!", choćby nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie dane autko się znajduje.
    Chyba po prostu raduje go fakt, że zna prawidłową odpowiedź na pytanie. ;)
   Piękne w tym jego "tam-owaniu" jest to, że wymawia to naprawdę super-poprawnie, z mocno wyartykułowanym "m", no jak dorosły po prostu. :D To już nie to samo, co ze sławną "pianą",którą Antolek wymawia jak "niana".
   No normalnie dziecko mi dorasta. Takie drobiazgi, które pojawiają się co jakiś czas, sprawiają, że dostrzegam upływający czas.
   A teraz idę już "tam" (do łazienki), bo czas na mycie ząbków. :)
  

niedziela, 18 grudnia 2011

Ja pierniczę!

   Dziś był dzień pierniczkowy. :) Razem z Antkiem od rana robiliśmy kruche pierniczki wg przepisu z TEGO bloga - szybko, łatwo i bardzo smacznie, a przy tym zdrowo. Antoś odmierzał mąkę oraz cukier, sypał je do miski, pomagał wałkować ciasto oraz wykrawać kształty foremkami o jakże świątecznych kształtach... dinozaurów. :P Innych nie udało nam się niestety znaleźć, ale dinozaury też mogą być bardzo świąteczne, naprawdę! :D
   Potem dekorowaliśmy je ziarnami sezamu, makiem, płatkami migdałowymi, pestkami dyni i słonecznika. Upiekłam 4 albo 5 blach, po trzeciej straciłam rachubę. Antoś z miejsca zjadł 2 pierniczki, a mój mąż pół miski, więc chyba muszę dorobić ich więcej. ;) Mam do dyspozycji jeszcze foremkę w kształcie rekina oraz motylka, oba motywy szalenie świąteczne.
   Dzień pierniczkowy uważam za udany. Coraz bliżej święta...

sobota, 17 grudnia 2011

Wielki shopping i parasolka

   Tydzień do świąt, czyli przedświątecznych zakupów czas najwyższy. Spędziliśmy dziś w centrum miasta CAŁY dzień szukając prezentów dla siebie nawzajem, dla Antolka (pchacz na kijku z zielonym smokiem został zakupiony, a Antek już go uwielbia - WIEDZIAŁAM! HA! :D), spożywczych półproduktów do przyrządzenia wigilijnych potraw itd.
   Jednym słowem - masakra. Ale przeżyliśmy.
   Ponieważ Antek waży już 12,5 kg (tak, tak...), a w zimowym ubranku to pewnie nawet powyżej 13... na rowerek już za zimno, a noszenie Antka w nosidle/na rękach do spółki z tobołami ze sklepów przerasta już nasze możliwości, postanowiliśmy jednak kupić wózek!
   Ponoć tylko krowa nie zmienia poglądów. :P Lubię krowy, ale nie aż tak.
   Także w końcu, w wieku 16 miesięcy, Antoś doczekał się wózka. No dobra, nie dramatyzujmy - miał już dwa, ale dawno sprzedane, a były to wielkie i ciężkie kolumbryny typu gondolka + spacerówka 2w1. Od takich wózków to niech mnie ręce boskie bronią. Teraz za to mamy leciutką spacerówkę-parasolkę. Używaną, a jakże - jeszcze nie oszalałam, żeby kupować teraz nowy wózek, i to tuż przed świętami, gdzie mamy tyle innych potrzeb. Dla znawców rynku wózkowego - jest to Maclaren Techno XT. Dałam za niego jakąś "oszałamiającą" kwotę 30 euro, a wózek jest zupełnie w porządku (no dobra, coś-tam ma oderwane przy budce, ale tego prawie nie widać, a budka działa). Antek nawet chciał w nim jechać, choć ja sama czułam się dziwnie mówiąc do jego pleców gdzieś z wysokości.
   Nie łudzę się jednak, że Antek będzie spędzał teraz w wózku całe godziny, podczas których my spokojnie będziemy robić zakupy. Taka opcja nie istnieje raczej, i chyba nawet bym jej nie chciała. Ważne natomiast jest to, że gdy przyjdzie pora drzemki, to i tak będzie można wyjść z domu, z dzieckiem śpiącym w wózku (bo oparcie się rozkłada), a jak Antek będzie i tak chciał na ręce, to się przynajmniej te wszystkie torby wrzuci na wózek, dziecko na rączki i wio do domu. Sam wózek jest leciutki, jedną ręką się świetnie prowadzi (dziś testowany na tą okoliczność), więc na drugiej mogę trzymać mojego małego koalę. :)
   Jak dobrze pójdzie i wózek się przyjmie, to sobie go zostawię na przyszłe dzieci. Do kompletu z chustą i nosidłem. :) Pierwsze dziecko to zawsze taki eksperyment, no. Z kolejnym to już będę miała wszelkie potrzebne akcesoria pod ręką (a raczej w schowku :P).
   Shopping można więc chyba uznać za udany. Ciekawa jestem tylko, co dla mnie w tym roku przyszykował mój "Mikołaj". Torba była spora, ale nie zaglądałam do środka - jeszcze tydzień, jeszcze tydzień...

czwartek, 15 grudnia 2011

Przedświąteczne zabawy

   Wierzcie albo nie, ale po naszych straszliwych początkach z rysowaniem (które skończyły się moim krzykiem i zabraniem kredek, bo Antoś chciał zjadać rysiki), twórczość artystyczna rozkwita pod moim dachem! :) Po przeprowadzce zostało nam od groma kartonów i białego papieru pakownego, który teraz wspaniale sprawdza się jako powierzchnia do rysowania. Nie do przecenienia są ogromne gabaryty papieru, przez co podłoga i stół są fachowo ochronione przed zapędami artystycznymi mojego dziecka. ;) Ale próby takowe i tak miały miejsce. W sumie trudno się dziwić - stolik biały, krzesełko białe, aż się chce zamalować te powierzchnie na kolorowo!
   Zamaszyste, kolorowe kreski pokrywają kolejne kartki papieru. Do dyspozycji Antek ma kredki świecowe i ołówkowe, z czego bardziej lubi jednak ołówkowe, ale i tak hitem są PISAKI (moje) i długopisy (moje). Podejrzewam, że chodzi o wyrazistość stawianych kresek. Przy kredkach trzeba jednak docisnąć, żeby uzyskać pożądany efekt, a pisakami piszę się jakby bez wysiłku. Dlatego w planach zakupowych na ten weekend mam właśnie pisaki nietoksyczne, bo te moje nie są zbyt dobre do jedzenia (a degustacja piszących końcówek od kredek zdarza się nadal).
   Proste rozwiązanie problemu ze zjadaniem kredek - zakup temperówki! :P Nic to nie zmieniło w kwestii samego zjadania, ale jak już rysik jest obgryziony, to po prostu zaostrzam od nowa i rysowaniu nie ma końca. Cóż, kiedyś wyrośnie z tego, prawda?
  
   Przez ponad tydzień hitem było przelewanie orzechów włoskich z jednego plastikowego dzbanuszka do drugiego. Naprawdę go ta czynność pochłonęła! Mam nagrany aparatem piękny filmik, jak Antek w skupieniu przelewa orzechy, patrzy, czy wszystkie są już w nowym dzbanuszku, a gdy ostatni orzech wpada tam, Antek wydaje okrzyk szczęścia, stawia dzbanek na stole i biegnie do mnie się przytulić. Piękne, piękne, piękne! Muszę częściej mieć aparat pod ręką, żeby uwieczniać takie fajne chwile. :) Orzechy chwilowo są schowane, za tydzień będzie ich druga odsłona, mam nadzieję, że równie udana jak pierwsza.

   Zabawką miesiąca jest żółwik na kółkach, którego się ciągnie za sznurek. Ot, taka klasyczna, drewniana zabawka do ciągnięcia, która klekocze w trakcie jazdy. Antonio jest nią zachwycony, chodzi z tym żółwiem po całym domu, nawet do łazienki. Potrafi go sobie postawić z powrotem na kółka, gdy żółwik się wywróci, daje go mi do ciągnięcia... no żółwik przebił wszystkie inne zabawki! Teraz jeszcze myślę nad zakupem takiej zabawki do pchania na kijku, tego typu:
   i będzie komplet. :) Co prawda Gwiazdor upatrzył sobie (i zakupił!) już zupełnie inny prezent gwiazdkowy, ale taki pchacz to może być zupełnie bez okazji. :)

   No i posiłkując się blogami o wczesnej edukacji, zrobiłam dla Antolka pojemnik (a raczej - pojemniczek, bo bardzo mały jest) sensoryczny. W pudełku są:
- orzechy włoskie
- szyszki pozłacane
- krótki łańcuch na choinkę ze złotych kuleczek (ulubiony przedmiot Antka z tego pudełka!)
- dwie kokardki
- kolorowe gwiazdki wykonane z papieru
- małe dzwoneczki
- posrebrzana gwiazdka z filcu.

W planach jest jeszcze dokupienie kilku przedmiotów, np. figurek drewnianych/porcelanowych, ale mam problem ze znalezieniem takowych gadżetów w tym mieście. Także najbliższy weekend upłynie nam pod znakiem sporego shoppingu.

   Oprócz tego Antoś z upodobaniem robi "BAAAAAAM" wszystkim, co ma kształt okrągły albo zbliżony do okrągłego (orzechy, szyszki, bombki choinkowe - na szczęście są plastikowe, ha!; no i piłki oczywiście), dużo czytamy (choć znacznie mniej niż np. dwa miesiące temu) i dmuchamy świeczki! Odkąd Antek nauczył się dmuchać, świeczki stały się obiektami wysoce interesującymi, nawet za dnia, gdy wcale się nie świecą. ;) Grunt, że młody jest przygotowany na swoje drugie urodziny i jakby co - zdmuchnie świeczki na torcie. Ale na razie za nami dopiero (aż?) 16 miesięcy. I tylko 1,5 tygodnia do świąt...

czwartek, 8 grudnia 2011

Jak to działa?

   Dzieci to wspaniali odkrywcy, a przy tym społeczne do szpiku kości stworzenia. Zabawki? Owszem, bywają ciekawe na moment albo dwa, ale ponieważ dorośli raczej się nimi nie chcą bawić, dzieci większym zainteresowaniem darzą przedmioty codziennego użytku. Antek nie jest w tej materii żadnym wyjątkiem.
   Moje niespełna szesnastomiesięczne dziecko jest świetnym pomocnikiem/przeszkadzajką we wszelkich codziennych czynnościach. Fascynuje go krojenie nożem, jedzenie łyżką i widelcem (ale tylko łyżką lub widelcem mamy albo taty, czyli w rozmiarze BIG. Swoich mniejszych sztućców jakoś Antek używać nie chce.), picie z prawdziwego, dorosłego kubka (najlepiej, gdy kubek ten pomieści przynajmniej pół litra napoju, wtedy NA PEWNO wzbudzi żywe zainteresowanie Antonia. Małe kubeczki są kompletnie nieinteresujące.), wyciskanie soku z pomarańczy, ocieranie skórki z cytryny, obieranie ziemniaków, mielenie pieprzu, obieranie jajka ze skorupki (jedzenie tegoż jajka już jakoś mniej wciąga :P), wycieranie rozlanych napojów szmatką, odkurzanie (odkurzacz jest ostatnio na topie!), zamiatanie (ale tylko, jak szczotka jest na kiju i ma przynajmniej 1,5 metra długości :P) itp.
   W praktyce wygląda to tak, że Antek chce brać noże do buzi albo kroić nimi coś z całej siły naciskając daną rzecz szpikulcem (zanim nie wyrwę mu tegoż noża z ręki), walić jajkiem w stół aż skorupka rozpadnie się na miliardy maleńkich kawałeczków, które potem mama, czyli ja, sprząta ze stołu i spod niego (przy radosnym akompaniamencie "o-oł!" mojego dziecka, które nie omieszka zauważyć, że coś się rozsypało). Próbuje pić z kubków, które pomieściłyby niemal pół jego twarzy, przez co połowa zawartości rzeczonych kubków ląduje na koszulce, spodniach i na podłodze (a mama wyciera), wyrywa mi z ręki obieraczkę do warzyw i przykłada ją do ziemniaka albo marchewki, a gdy się samo nie obiera, to się wkurza i rzuca obieraczką przez pół kuchni (albo np. bierze ją do buzi, ku zgrozie mamy, czyli mojej). Ciągnie szczotkę na kiju z pokoju do pokoju, potykając się o nią i bijąc długim kijem od tejże wszelkich napotkanych po drodze dorosłych (czytaj: mnie i Adama). Wyrwaną mi z ręki szmatką "wyciera" podłogę, czyli rozrzuca okruchy po CAŁEJ kuchni i części salonu zamaszystymi ruchami. Ciągnie rurę od odkurzacza przez całe mieszkanie i się dziwi, że nie buczy, bo jak tata ją bierze do ręki, to wydaje dźwięk (idea prądu jest Antkowi nadal głęboko obca).
   Ogólnie - jest potem duuuuużo sprzątania i każda czynność trwa pięć razy dłużej, gdy mały człowiek chce pomóc. Ale jest też niesamowite patrzeć, jak dziecko na własną rękę i uparcie chce działać samo, odkryć to wszystko, co robią dorośli i po co oni to w ogóle robią. Słodkie. Czujność mamy (czytaj: moja) wzmożona po czterokroć, bo w okolicy przedmioty ciężkie, ostre i łatwo tłukące, ale jak dotąd strat nie zanotowałam. A satysfakcja ze współdziałania z Antkiem jest wielka. :) Za parę lat pewnie żadną siłą nie zagnam mojego dziecka do odkurzania albo zamiatania, to korzystam, póki okoliczności sprzyjają. :P

sobota, 26 listopada 2011

Biały kieł, piana i "coraz bliżej święta..."

   Choć ostatnia czwórka jeszcze się wyrzyna, to już idą dwa dolne kiełki, czyli trójki. :) Kacza mama cieszy się niezmiernie, bo to oznacza, że coraz bliżej do końca - zostało nam 6 zębów do magicznej dwudziestki.
   Dzieci to mają przekichane z tym ząbkowaniem, przysięgam.
   Na szczęście bobas znosi trójkowe wyrzynanie całkiem dobrze, nawet się oboje wysypiamy w ciągu nocy. Podejrzewam, że po prostu nie ma czasu zastanawiać się nad tym, czy go coś w dziąsłach boli czy nie, bo jest moc innych atrakcji.

   Otóż przeprowadziliśmy się. Przedwczoraj. HURA!!!

  Poprzednia klitka, którą przez ostatni rok zwaliśmy mieszkaniem, odeszła w zapomnienie. Teraz mamy dwie sypialnie (jedna w planach jako antkowy pokój, ale na razie w totalnej rozsypce, używany głównie jako pomieszczenie gospodarcze ;)), duży salon z jadalnią, całkiem fajną kuchnię i dwie łazienki, z czego jedna z mega wanną, w której Antek uwielbia się kąpać i pluskać, i generalnie w ogóle by z niej nie wychodził. Dodatkową atrakcją stała się PIANA, bo dolewam Antkowi płynu do kąpieli wprost do wanny i to się pieni! Antek jest zachwycony, bierze pianę w rączki, nakłada sobie na ciało, rzuca nią w powietrze (czasem też poza wannę, ale cóż...) i mówi "ana" (czytaj: piana) praktycznie przez całą kąpiel. Gumowe kaczuszki i tygrysek przestały go kompletnie interesować, nawet butelki nie są tak fajne przy kąpieli jak piana. :P
   Jak dobrze mieć w końcu trochę miejsca na te wszystkie wygłupy. Nawet wszechobecny bajzel nie rzuca się tak w oczy, bo można go rozwłóczyć na sporej przestrzeni i w zasadzie wygląda, że jest nawet czysto. :P Niemniej nadal jesteśmy w okropnej fazie rozpakowywania się (poprzednie 3 dni pakowaliśmy się i myślałam, że to jest okropne, ale to był pikuś! TERAZ jest wyzwanie dopiero!) i szukania miejsca na 1001 drobiazgów, które ze sobą przytargaliśmy.
   Znajomy, który nam to przewiózł samochodem, ze zdumieniem stwierdził, że nie ma zielonego pojęcia, jak my to wszystko daliśmy radę trzymać w tamtym mieszkaniu. Polak potrafi! ;)
   Antoś z nowym miejscem oswoił się tak szybko, że nawet nie wiem, czy w ogóle wystąpił jakikolwiek lęk przed nowym miejscem. Wielka wanna w łazience została odkryta dość szybko, podobnie jak wielka szczotka na kiju, z którą bobas biegał po całym domu, prawdopodobnie pragnąc pomóc nam w sprzątaniu. Latał z nią prawie cały pierwszy wieczór. :)
   Z tych przeprowadzkowych emocji nawet nie zauważyłam, jak do świąt został mniej niż miesiąc. A że przy okazji rozpakowywania wszelkich klamotów znalazła się też zeszłoroczna choinka, to czuję nagłą chęć przygotowań świątecznych. Już się zastanawiam, kiedy tą choinkę będziemy ubierać, co kupić w prezencie dla męża, jakie potrawy zrobimy...
  

czwartek, 17 listopada 2011

Genialne dziecko mam?

   Ostatnio jestem w jakimś obniżonym nastroju, wszystko mnie męczy i denerwuje. Nawet sama nie wiem, czemu. Przekłada się to straszliwie na moje postrzeganie i relacje z Antkiem. Nie cieszy mnie przebywanie z nim tak, jak dawniej. Najbardziej chciałabym, żeby bawił się sam i dał mi przysłowiowy "święty spokój". Patrzę na niego i mam wrażenie, że jest jakiś dziki, nieogarnięty, nie umiem go zrozumieć ani do niego dotrzeć, nie dogadujemy się. On ciągle wszystko rozwala, niszczy, rzuca gdzie popadnie, a ja chodzę i zbieram za nim ten syf. Moje życie sprowadziło się do mobilnej sprzątaczki. Próbowałam już tłumaczeń i pokazywania, mam wrażenie nawet, że powtarzałam i pokazywałam już tak wiele razy, że za kolejnym trafi mnie po prostu szlag. Chyba nawet już mnie trafił. Ostatnio nawrzeszczałam na Antka, bo próbuje zjadać kredki, które dałam mu do rysowania. Potem poczułam się winna i wyrodna, a na końcu dałam mu te kredki z powrotem do "zjedzenia" w nadziei, że jak już je obgryzie i obślini z każdej strony po sto razy, to może nawet zacznie nimi też coś rysować. Na razie bez efektów. Tylko muszę kupić temperówkę, bo rysiki już wszystkie są zjedzone we wszystkich kredkach.
   Jakiś czas temu zaczęłam z Antkiem powoli wdrażać czytanie globalne metodą Domana. Najpierw trochę było szarpania się z tym, potem wypracowaliśmy jakiś własny schemat działania, ale ostatnio Antek nie jest totalnie zainteresowany czytaniem wyrazów, a ja czuję, że poniosłam jakąś porażkę. Książkę Domana się tak fajnie czyta - jak on tam pisze o tych dzieciach, o ich wielkim potencjale i pędzie do wiedzy wszelakiej. Że każde dziecko jest potencjalnym geniuszem i trzeba w dzieciach ten geniusz pielęgnować, rozwijać go, dawać dziecku jak najwięcej okazji do poszerzania wiedzy w różnych dziedzinach, także w czytaniu, matematyce, nawet z niemowlakami. Kurcze - tak się w tym zaczytałam i już miałam przed oczami ten piękny obrazek, jak Antoś czyta i się cieszy, że coś fajnego, nowego poznaje, że to będzie taka nasza dodatkowa zabawa codzienna, oprócz biegania bez sensu w kółko, rzucania piłką i rozwalania klocków po całym pokoju. Ale jednak mój syn preferuje tamte czynności, a czytanie wyrazów ma... no... właśnie TAM. A dziwne to tym bardziej, że książeczki bardzo lubi, gdy mu czytać, tylko tych wyrazów właśnie, które tak chciałam mu pokazywać, to nie lubi i nie chce. Antonio preferuje aktywność typu "crash, kill and destroy". Wyłącznie.
   Gdzie jest ten mały geniusz, do cholery? Bo coś go nie widać!
   Ale tak naprawdę to obwiniam siebie. Zaniedbania jakieś wychowawcze? Za mało ambitna stymulacja? Infantylizowałam swoje własne dziecko, to teraz mam? Qrde, matki są porąbane i zawsze winią siebie i swoje za małe starania, ja wiem, ale jednak... Jak mogę winić tego małego człowieczka, przecież on jest cudowny  i w ogóle, to mój mały synek! I NA PEWNO jest bardzo mądry i ma ogromny potencjał, ale ja po prostu nie umiem go zauważyć, wydobyć...
   Nic już nie wiem. Źle mi i już.
   Z tego wszystkiego zamówiłam kolejny zestaw do nauki, tym razem matematyki, wg Domana. Klin klinem. Jak nie czytanie, to liczenie. A jak nie liczenie, to rzucam to w diabły i będę realizować średnią statystyczną interakcji z dzieckiem, czyli: klocki, autka i spacerki. I misie.
   I tylko dlaczego ta perspektywa mnie nie cieszy?

niedziela, 13 listopada 2011

Dziubi-dziubli

   Do słownika naszego bobasa dołączyło ostatnio nowe słowo-nie słowo, o którym w tytule. Antek chodzi i coś "dziubdzia" sobie pod nosem, jakieś "bubli-dziubli-dziubi-dziubi". Nie wiem, o co chodzi, ale to niewątpliwie nowość w słowniku Antka. Po kościach przeczuwam, że "jeszcze chwila, jeszcze dwie" i młody zacznie gadać tak, że będzie to już zrozumialsze i prawie po polsku. :P
   Na razie sobie dziubdzia i dziubla. Jest to przesłodkie i przekomiczne. Może coś z tymi pingwinami jest na rzeczy i się młody zafascynował?
  
    A z przyziemnych rzeczy: jutro mija równo 15 miesięcy wspólnej przygody z Antosiem. I powiem wam, że 15-miesięczne dziecko to jest fajna sprawa: niby jeszcze takie małe i do przytulania i całowania, ale też już takie duże i samodzielne, i mądrzejsze z każdym dniem. Super wiek. A jak patrzę na starsze maluchy na placu zabaw - takie dwuletnie i starsze, to wszystko się we mnie cieszy, że niedługo też mnie to czeka. :)

piątek, 4 listopada 2011

Tańczący pingwinek ;)

   Ponoć najlepsza dla małych dzieci jest muzyka klasyczna, a już naj-najlepsiejszy jest Mozart. Antek ma jednak zupełnie inne preferencje. Fakt faktem - od urodzenia, oprócz kołysanek Mini Mini (polecam!), katuję go różnego rodzaju muzyką klasyczna "dla bobasów". Mam chyba z 5 różnych płyt. Do tego muzykę relaksacyjną, jakieś odgłosy natury i tego typu cuda.
   A Antoś woli rocka! :P Prawda, że takiego raczej soft-rocka, ale jednak - żeby był dobry rytm, perkusja, gitara... Bon Jovi nadaje się wyśmienicie. Współczesny pop też jest ok, również trance, a na ostatnim weselu okazało się, że taki smooth-jazz nie jest zły, a i Sinatrą bobas nie pogardzi. Upodobania muzyczne dziwaczne, ale składamy to na karb rozwijającego się wciąż umysłu naszego kaczątka.
   Po czym poznać, że muzyka Antkowi odpowiada? Bobas tańczy! Oj, jakie to śmieszne jest i cudne, jak on się tak kiwa z boku na bok albo do przodu i do tyłu. :) Jestem zawsze tak samo zaskoczona tym jego tańcowaniem, i tak samo mi się mordka śmieje. :D Ostatnio do układu choreo dołączyły też obroty wokół własnej osi, przysiady (początki podskoków?) i wymachy rączkami w górę. P-I-Ę-K-N-E!
   Od tygodnia albo dwóch do kolekcji "top-przebojów", poza nieśmiertelnym "Waka-waka" Shakiry (on to naprawdę lubi!), dołączyło "Boogie wonderland" z teledyskiem z bajki "Happy feet". Niech nam żyje Tubiś! Dzięki niemu mogę pokazywać Antkowi tą piosenkę codziennie, i też codziennie bobas się jej domaga. Przynosi mi wtedy książeczkę z pingwinkami na okładce i zaczyna się kiwać prawo-lewo-przód-i-tył, czyli tańczy ;), a rączką pokazuje na komputer. I wtedy musi być to:

Tańczące pingwinki rządzą! A na nadchodzącą zimę jak znalazł. :)

środa, 2 listopada 2011

Mama na etacie

   Niesamowite, jak dzieci jednak potrafią różnicować przyzwyczajenia w zależności od sytuacji. Gdy jestem pod tak zwaną "ręką", a Antek jest zmęczony, to aby go uśpić potrzebna jest moja pierś na dobranoc. Koniecznie. Gdy jej nie ma, jest lament i dramat. Wystarczyło jednak, bym poszła do pracy, a Antoś od razu i bez większych problemów nauczył się zasypiać w ciągu dnia na rękach u taty. Żadnych sytuacji wielkiej rozpaczy nie było ani razu - ot, dziecko rozumie na jakimś-tam swoim poziomie, że mama jest nieosiągalna przez pewien czas i musi radzić sobie bez niej. I sobie radzi, ku mojej wielkiej uldze (uffff....).
   W pracy czas leci szybko i nie ma czasu na kontemplację tego, co tam się ewentualnie w domu dzieje, jak długo jeszcze do wyjścia itd. Uwijamy się przez te 4h jak w ukropie i nagle już jest 15:30 i można sobie iść. O 16:00 jestem już w domu. Na dzień dobry Antek rzuca się na... cyca, oczywiście. :P To taka jego wersja okazania tęsknoty i przywiązania, no i pewnie też jakiś głód za mlekiem. Ale śmieszne to trochę, że nie przybiega się przytulić, tylko od razu do piersi chce. Mały ssak. :)
   Niestety idzie zima, jakaś zmiana czasu była parę dni temu i przez to wszystko mam poczucie, że nie ma mnie dla Antka znacznie dłużej niż te 5h. Bo jak już przyjdę o 16:00 i zjem obiad, to na dworze już ciemno. Ani za bardzo na spacer nie ma już jak wyjść ani nic, można tylko w domu siedzieć, a tu zaraz już kąpać się trzeba i spać iść. Mam poczucie, że ledwo wejdę do domu, już jest koniec dnia. Przez to wydaje się, że kompletnie nie spędzam czasu z własnym dzieckiem. W każdym razie jakiegoś takiego konstruktywnego, zabawowego, tylko jestem jakoś obok albo w trakcie czynności około-pielęgnacyjnych: mycie, kąpanie, ubieranie, usypianie.
   Doba powinna być dłuższa przynajmniej o 6h, naprawdę. ;)
  
   W związku ze zmianą czasu i naszym lotem do PL i z powrotem (tak, tak, udało się dotrzeć na kolejne wesele!), Antkowi się poprzestawiały godziny zasypiania i wstawania. Budzi się teraz PRZED 8:00 rano! Dramat. Już się tak przyzwyczaiła do tego, że gdzieś między 8:00 a 8:30 wstajemy, a tu nagle 7:00 i młody robi pobudkę! No co jest, kurcze blade? Do tego dochodzi niewyspanie, więc dziś np. zasnął nagle ni z tego ni z owego o 18:45, zanim w mojej głowie powstała myśl, że chyba czas iść się kąpać. Aż strach się bać, jaką to oznacza godzinę na jutrzejszą pobudkę, brrrr!

wtorek, 25 października 2011

Jedenasty

   Płacz przez sen, powodowany najprawdopodobniej bólem. Płacz taki, że nawet cysiu nocną porą nie pomógł, potrzebne było wybudzenie, utulenie, próba podania paracetamolu i ponowna próba podania piersi, by Antek zasnął snem spokojnym.
   Jeden rzut oka w paszczękę mojego dziecka wyjaśnia wszystko: idzie nam jedenasty ząb, prawa górna czwórka.
   Ponoć czwórki są najgorsze, a ich wyrzynanie najbardziej bolesne dla dzieci. Jeśli to prawda, to w zasadzie pozostaje się cieszyć. Została nam tylko jedna jeszcze. Antosiu - trzymaj się dzielnie, skarbie!

sobota, 22 października 2011

Dziecko mówi, czyli "mama-translator"

   Gdy spotykam na placu zabaw albo na spacerze jakąś mamę/babcię z dzieckiem w wieku około-antkowym, zawsze zagajam rozmowę: a jak ma dziecko na imię, a ile już ma miesięcy, a czy mówi i co... No wiecie - taki standardzik. :P Bardzo często rodzice/dziadkowie maluchów mówią, że ich dzieci/wnuki jeszcze NIC nie mówią. No ale jak to - tak nic kompletnie?! Zawsze wtedy okazuje się, że owszem - mówią "mama" i "tata", i parę jeszcze innych wyrazów, ale to są wersje utajone, w "bobasowym" (albo po chińsku, jak to któraś z was w komentarzu ostatnio napisała :P) i to się "nie liczy".
   No więc w ramach walki z wszelkimi schematami oznajmiam: Antek mówi. :D A że nie zawsze da się go tak od razu zrozumieć, to już inna para kaloszy. Od tego jest mama i/lub tata, żeby światu przetłumaczyć nowomowę potomka. I dziś tłumaczenia z antkowego na ludzki. :P
1) mama - proste, znaczy MAMA :P, ale też może oznaczać "mamo, patrz tutaj", "mamo, daj", "mamo, czytaj" i wszelkie inne dowolne czynności, które mam natychmiast wykonać;
2) tata - czyli TATA, a czasem nawet do taty Antek woła "mama", gdy chodzi o wykonanie czegoś (patrz: przykłady wyżej), słowa "tata" używa tylko na określenie taty jako takiego, także na zdjęciach;
3) da - daj;
4) bobo - książeczka o takim właśnie tytule;
5) dzizi - dzieci, a także plac zabaw dla dzieci, gdzie prawie codziennie chodzimy i tam są te dzieci;
6) bubu - książeczka "Tales of Acorn Wood", która jest na topie od ponad tygodnia. Nie wiem, skąd to bubu, bo tam nie ma nic podobnie brzmiącego: jest królik, miś i świnka jeno. To widocznie jest jakaś głębsza filozofia, której jeszcze nie pojęłam; czasem to słowo może też oznaczać butelkę;
7) mam - jedzenie, jeść, daj cysia. Czyli ogół pożywienia, z mlekiem matki na czele;
8) kaka - kaczka albo kwa-kwa, które robi kaczka;
9) o-oł - ulubione prawie-słowo na rzeczy, które spadły, upadły, zostały celowo zrzucone lub wyrzucone skądś przez Antka;
10) bop-bop (albo pop-pop) - hop-hop, czyli jak robią kangurki;
11) auau/ouou - wymawiane bardzo szybko i takim specyficznym niskim basem, a chodzi o szczekanie pieska, oznacza pieski wszelkie;
12) brrrrrrrr - pojazdy, np. autka, motory, ale ostatnio głównie traktor :P
13) ba! - chęć rzucenia czegoś/ czymś (Antoś przechodzi straszliwą fascynację rzucaniem przedmiotami, ku mojej czarnej rozpaczy);
14) sporo różnych dźwiękonaśladowczych słówek/niesłówek, czyli jak robi małpka, sowa, kurka itd.
15) Yyy! - okrzyk uniwersalny stosowany do pokazywania wszystkiego, co interesujące i czego Antek chce dotkąć/dosięgnąć, a nie wie, jak to inaczej powiedzieć. Okrzyk połączony z wytknięciem rzeczonego przedmiotu palcem. ;)

Tyle chyba jeśli chodzi o komunikację werbalną. A przecież jest jeszcze cały pakiet mowy ciała, którym Antoś też dysponuje. Bo taki np. konik to nie wiadomo, jak robi paszczą, ale wiadomo, że na nim się jeździ, więc żeby pokazać konika Antoś podskakuje lekko w miejscu na pupce, udając jazdę. :P Ale innych niewerbalnych cudów mojego synka sobie teraz nie przypomnę, bo jest jakaś absurdalna godzina nocna, a ja zamiast iść spać ślęczę w internecie. ;)



środa, 19 października 2011

Pięknie jest się różnić

   Im więcej znam mam z dziećmi, tym bardziej zadziwia mnie, jak każde z tych dzieci jest inne, niezwykłe na swój sposób. I że każde rozwija się swoim własnym torem, niepowtarzalnym, który próżno porównywać z innymi dziećmi.
   Porównania się nieuniknione. Chyba każda matka i/lub ojciec porównuje swoje dziecko do innych dzieci w podobnym wieku i sprawdza, czy wszystko jest OK, czy jest w normie. Jeśli coś odbiega od średniej statystycznej, zaczynamy się martwić. Albo puchnąć z dumy, gdy "inność" oznacza, że nasze dziecko robi coś szybciej, łatwiej lub lepiej, niż statystyczny Jaś.
   Mój synek dość szybko zaczął sam chodzić (piszę: dość szybko, bo spotkałam ostatnio kobietę z córeczką, która chodziła już sama w wieku 9,5 miesiąca!) i obecnie chodzi tak dobrze, a przy tym jest na tyle wysoki, że wydaje się znacznie starszy niż te jego 14 miesięcy. Każde pytanie o wiek Antka kończy się stwierdzeniem: Wow, wygląda na starszego! Wow, chodzi już naprawdę dobrze jak na swój wiek! Matka puchnie z dumy, jakie ma wspaniałe dziecko. :)
   Córka koleżanki nie chodzi jeszcze wcale. Jest młodsza od Antka o całe dwa dni. Raczkuje, staje przy meblach, chodzi z podparciem, ale sama ani myśli ruszyć w świat. Za to dużo mówi. Mówi "cześć" i "daj", wymawia naprawdę dobrze końcówki, nie trzeba się tych słów domyślać. Antek poprzestał na razie na "mama", "tata", "bobo" i "da", coś tam gada po swojemu, ale do polskiego to jeszcze trochę mu brakuje. Instynktownie poczułam, że "z moim dzieckiem jest coś nie tak". No bo czemu on nie mówi tak dużo jak Milenka? Że co - żę mniej zdolny? Może ma problemy z wymową, może za mało go stymulujemy (choć nie mam pojęcia, jak moglibyśmy jeszcze BARDZIEJ go stymulować, bo ja nawijam do niego jak najęta), może za mało przebywa z ludźmi... I tak sobie mogę wkręcać, a prawda jest taka, że wszystko jest ok. Coś za coś - Antoś biega, ale mówi mało, Milenka inwestuje w komunikację werbalną, a podróże na dwóch nogach odkłada na "potem", jakoś jej się nie spieszy. ;) Jej mama oczywiście martwi się w drugą stronę - że przecież ona POWINNA już chodzić, może coś jest nie tak...

   Matkom nie dogodzisz.

  Córka znajomej przez bardzo długi czas nie raczkowała ani nic. Umiała się przeturlać z brzuszka na plecy, bo patologicznie nienawidziła leżeć w pozycji na brzuchu. Nawet na basenie nie można było z nią pływać w tej pozycji, bo od razu wyginała ciało do przewrotu na plecy. :P Gdzieś do ok. 9 czy 10 miesiąca Matylda głównie siedziała albo leżała na plecach. Jej mama zaczynała się już martwić, że coś jest nie tak. Na szczęście mieszkamy w Irlandii i tutaj zazwyczaj lekarze nie wszczynają alarmu tak szybko, jak to ma miejsce w Polsce, gdzie pewnie od razu wysłano by dziecko na rehabilitację (takie porady dostała też na forum internetowym). Aż nagle, ni z tego ni z owego, Matylda zaczęła jakoś koślawo raczkować, a potem szybko wstawać i teraz już biega lepiej niż Antek. Jest starsza od niego o dwa miesiące. To raczkowanie zupełnie jej do niczego nie było potrzebne widocznie.
   Antoś przeskoczył jakoś niezauważalnie fazę turlania się. Jak już opanował manewr z pleców na brzuch, to potem od razu płynnie przeszedł do pozycji na czworakach. Po co się turlać z brzucha na plecy? Przecież w ten sposób nie da się iść! ;) A przemieszczanie się w przestrzeni jest dla Antka priorytetem.

   To może banalne, ale takie porównania pomiędzy dziećmi doprowadziły mnie do starej prawdy "każde dziecko jest inne". Staram się już nie porównywać, a raczej przyglądać i patrzeć, jak niesamowicie różne są dzieci, jak inaczej myślą, jak próbują po swojemu, jak realizują swoje cele w tempie, który jest właściwy tylko dla nich. To tylko my, dorośli, mamy problem z tymi różnicami, zwłaszcza przy pierwszym dziecku, które jest wielką niewiadomą. Przy drugim już chyba ma się większy spokój i pozwala dziecku być takim, jakim chce, a nie takim, jakim być powinno wg wszelkich fachowców i poradników. Wspiera ich indywidualność. Uczy, że różnić się jest fajnie, bo inaczej świat byłby bardzo nudnym miejscem.
 

niedziela, 16 października 2011

Bibliofil

   Zawsze bardzo chciałam, żeby Antek wyniósł z domu zamiłowanie do literatury. Ja sama od wczesnego dzieciństwa czytałam dużo i czytam do dziś, choć czasu na to nie mam już za wiele. Niemniej uważam, że książki są ważne i potrzebne, i pierwsze książeczki kupiłam Antolkowi jakoś w okolicach jego 5 miesiąca życia.
    Gdy miał te swoje 6 i pół miesiąca i siedział, to rozkładałam mu książeczki dookoła, żeby sobie mógł obrazki oglądać, ale tak średnio go to interesowało, a ja, przy całym moim perfekcjonizmie, już się martwiłam, że dziecko nie "zaskoczyło" z książkowym bakcylem.
   Myliłam się.
   Obecnie biblioteczka Antka liczy 65 pozycji. Wiem, bo dziś w końcu postanowiłam te wszystkie książki policzyć. Książki najróżniejsze: pojedyncze obrazki z podpisem "ślimak, biedronka, itd", krótkie historyjki (seria o Maksie z "Zakamarków", "Jest tam kto" oraz "Gdzie idziemy?", książeczki z ruchomymi obrazkami np. myszka Maisy, która niestety nie przeżyła antkowych eksperymentów i nie ma już połowy kartek), odkrywanymi okienkami (ostatnio królują "Tales of Acorn Wood"), zbiór historyjek o przygodach Bobo (Antoś nawet mówi to "bobo" i rozpoznaje książeczkę bezbłędnie, choć czytać jej nie lubi :P), tańcząca Binta (znów Zakamarki, hit ostatnich 3 dni!), gadające książeczki, w których trzeba coś nacisnąć, wierszyki i cała masa innych cudów. Kupowane głównie w second-handach tu, w Dublinie oraz w Zakamarkach on-line, część to prezenty od mojej koleżanki biblio-filki. Wczoraj poszerzyłam kolekcję o kolejne 6 pozycji.
   Antek UWIELBIA, aby mu czytać książki. Przynosi swoje ulubione i ze zdecydowanym "MAMA", kładzie mi je na kolanach, wdrapuje się na mnie, siada wygodnie na kolankach i już można czytać. I czytać. I czytać. Nie nudzi mu się to NIGDY. Mało tego - jedną i tą samą książkę może sobie moje dziecko zażyczyć TRZY RAZY POD RZĄD, albo paręnaście razy w ciągu jednego dnia. ;) Dlatego kupuję nowe, z nadzieją, że może jednak Antoś poszerzy zakres ulubionych książek. Bo ma z 5 czy 6 takich, które może czytać w kółko, bez przerwy. Wstaje rano, otwiera drzwi do pokoju i już jest przy półce z książkami. Zanim na dobre uda mi się wygramolić z pościeli, już jestem zatrudniona w charakterze lektorki. Jeszcze przed śniadaniem. I po nim. I przed spacerem, i po, i przed kąpielą, po kąpieli, do snu...
    Aaaaaaaa!!!
   Naprawdę bywa to męczące. Znam już na pamięć 99% wszystkich książek (1% to te nowe 6, które kupiłam wczoraj), mogłabym je recytować bez otwierania, ale dziecko żąda i nie ma bata, trzeba czytać. Zawsze modulując głos, radośnie, wskazując coraz to nowe elementy, wprowadzać urozmaicenia... Mam wrażenie, że te dodatkowe "atrakcje" robię głównie dla siebie samej, bo to MI się nudzi czytanie po raz setny tej samej książeczki. Antek znudzony czytaniem nie jest. Co dodatkowo niezmiennie mnie zadziwia, ta dziecięca potrzeba powtarzania po tysiąckroć, ta niezmordowana żądza wiedzy.
   Tak więc rośnie nam mały bibliofil. Stało się. Trudno. ;) Na szczęście biegać i rzucać piłką też lubi, więc może tak do końca nie jest stracony dla świata. :P

niedziela, 9 października 2011

Poszła mama do pracy...

   Ta mama to ja. W końcu, po prawie 14 miesiącach "siedzenia" (jak to się nudno nazywa, prawda? Jakby te matki nic nie robiły całe dnie, tylko SIEDZIAŁY) w domu z Antkiem, poszłam pracować.
    Zupełny przypadek. Nawet nie szukałam tej pracy, a i tak mnie znalazła. A, co lepsze, praca ta odpowiada niemal wszystkim kryteriom Dobrej Pracy, jakie sobie z mężem założyliśmy:
- jest na pół etatu, czyli nie osamotnię dziecka na cały dzień, a tylko na parę godzin;
- jest w godzinach około-południowych, dzięki czemu Adam może zająć się synkiem podczas mojej nieobecności, i nie potrzebujemy żadnego żłobka (na który i tak nie byłoby nas stać, bo tu żłobki są porażająco drogie)
- praca jest stosunkowo blisko naszego obecnego miejsca zamieszkania i nie tracę pół dnia na dojazdy, w zasadzie mogę sobie tam chodzić pieszo albo jechać rowerem (który ostatnio zakupiliśmy, bo stary się dawno zepsuł)
- w pracy jestem w koleżanką "z osiedla", która ma córeczkę 2 dni od Antoszka młodszą i znamy się z podwórka Więc jest raźniej, bo nie jestem otoczona samymi nowymi twarzami.
   Na razie jest ok. Praca nie jest szałem marzeń, ot - kawiarnia, parzenie kawy i robienie kanapek, ale wystarcza, i da nam dodatkowe pieniądze, które na pewno się przydadzą. Dodatkowy bonus jest taki, że "wyrywam się" z domu na parę godzin dziennie i nie muszę wtedy w ogóle myśleć o dziecku (rany, jak to zabrzmiało wyrodną matką :P), a Adam spędza dzięki temu więcej czasu z Antkiem. Nawet jakoś im się udaje dogadać w kwestii drzemki śróddziennej, do której moja obecność do tej pory była absolutnie konieczna (i pierś do snu oczywiście też :P), a to wszystko bez dramatu, płaczów i wielkiej tęsknoty mojego maluszka.
   I z tego ostatniego aspektu chyba cieszę się najbardziej. Że dla Antka to moje znikanie na pół dnia jest ok, że nie rozpacza. Bo chyba bałam się właśnie tego scenariusza. Jak widać - niepotrzebnie. :)
   Pracę dopiero zaczęłam, przepracowałam na razie raptem 2 dni. :P Ale od jutra czeka mnie pełen tydzień, zobaczymy, czy nadal będzie tak dobrze jak do tej pory.
   No i w związku z tą nagłą moją pracą nie wiadomo, czy dojdzie do skutku nasz wylot na ślub kuzyna. Raczej wątpię, czy mi dadzą na "dzień dobry" tydzień wolnego, a tak właśnie mamy zarezerwowane loty w tę i we w tę. Po cichu liczę, że może zgodzą się chociaż na parę dni, to jakoś by się przebookowało te bilety. A jak nie, to trudno. Żal będzie nie polecieć, ale praca jest tak w porządku dla nas, że z niej nie zrezygnuję dla obecności na weselu.
   Także od czwartku jestem Kaczką Pracującą. Dziwnie mi z tym jeszcze, ale początki zawsze takie są. Jestem dobrej myśli. To jest chyba naprawdę dobry moment w naszym życiu rodzinnym na taką zmianę: i Antonio już taki Duży Chłopak, że jakoś to ogarnia, i ja jakoś chyba też wewnętrznie dojrzałam do decyzji i oddaniu części opieki nad szkrabem. A wiecie - to nie jest takie proste! Niby czasem przemęczona i poirytowana na siebie, Antka i cały świat, ale dziecka nikomu bym nie oddała na dłużej niż, hmmm, 5 minut. No, może 10. :P Adamowi na szczęście zdarzały się nie raz i nie dwa wyjścia z młodym kaczorkiem na 2-3h, zupełnie beze mnie, nawet jak był sporo młodszy (w chustę i na miasto), ale to zawsze jakoś tak pomiędzy karmieniami i pomiędzy drzemkami. No i jednak to były sytuacje rzadkie, na pewno nie codzienne. A tak cały czas ja w tandemie z Antolem, 24h na dobę. Trudno się rozstać po takim okresie symbiozy. I, paradoksalnie, mi trudniej było niż bobasowi. Często o tym matki piszą na blogach, ale dopiero jak się doświadczy na sobie i na swoim dziecku to widać, że coś w tym jest. Dzieci dzielnie się adaptują, a matki przeżywają miliony rozterek, w tym niżej podpisana. ;)

wtorek, 4 października 2011

Między weselami

   Ten rok obfituje dla nas w wesela. W maju pierwsze, we wrześniu kolejne, a już mamy zaproszenie na październik od mojego kuzyna. W zasadzie nie planowaliśmy tak co chwila latać do Polski, ale skoro są takie okazje, to zaciskamy pasa i latamy.
   Antek okazał się dzieckiem bardzo imprezowym. :P Na weselu naszej wspólnej koleżanki wytrzymał do 23:00 i pomimo wielkiego zmęczenia, które po nim było widać, ani myślał wybierać się spać. Antek jadł, tańczył, bawił się, łaził po schodach (wiadomo), dawał się brać na ręce obecnym na weselu dziewczynkom, które go niańczyły i się z nim bawiły, a nawet poszły raz z nim tańczyć. Antkowi nie przeszkadzała głośna muzyka, wystraszył się tylko huku pękających baloników, które dzieci łapały i deptały. Przegapiliśmy tylko moment przysięgi w kościele, gdyż konieczna była szybka i sprawna akcja "kupong". :P Poza tym incydentem, jestem dumna z mojego kaczątka, że tak dzielnie zniósł długowieczorne harce, obecność tylu obcych osób naraz i ogólnie dobrze się bawił. :)
   Sam pobyt w Polsce jak zwykle zmęczył nas: wizyty, wizyty i jeszcze raz wizyty. Odpoczywamy tutaj. Za moment jednak kroi się kolejne wesele i kolejne loty samolotem, kolejne obce osoby i kolejne siedzenie do późna. Bobas coraz starszy, więc myślę, że będzie ok. Za nami już prawie 14 miesięcy (wow!) i to jest zupełnie inna jakoś dziecka niż, dajmy na to, w maju na ślubie mojej siostry.
   Mam tylko nadzieję, że to już NAPRAWDĘ ostatni wypad do Polski w tym roku. Trochę stabilizacji nam się bardzo przyda.

piątek, 16 września 2011

Jesienny kącik

   Jak byłam mała, zawsze jesienią obowiązkowe było zbieranie kasztanów i żołędzi w lesie. Las mieliśmy zaraz pod domem, więc nie było trudno o takie wypady. A potem z tych jesiennych skarbów robiło się ludziki, przy pomocy taty, który uczył, jak się wywierca dziurki w kasztanie czy żołędziu, jak ostrzy zapałki...
   Antek na ludziki z kasztanów jeszcze jest za mały, zresztą nie mam tu dobrego dłutka do robienia otworów na nóżki i rączki ludzika. Niemniej skoro już jesień przyszła, kasztany muszą być! Nazbierałam ich ostatnio sporo i przytargałam do domu. Do kompletu też mam jesienne, wielobarwne liście. Liście nakleiłam na ścianę, nisko przy podłodze, odrysowałam też z e-kolorowanek motywy jesienne: jeżyka z jabłkiem na grzbiecie, wiewiórkę z żołędziem w łapkach, liście różnych drzew... pokolorowałam je i nakleiłam również. Antek ma teraz taki jesienny kącik. :) Kasztany służą głównie do rzucania nimi, przenoszenia z pokoju do pokoju oraz wyjmowania i wkładania do pudełka. ;) Przy okazji liczymy sobie: Antek rzuca kasztanem do pudła, a ja mówię "raz", rzuca kolejnym, a ja "dwa" itd.
   Gdzieś obok kasztanów dałam Antkowi do zabawy białą fasolę, taką suchą. Zjeść się tego nie da (a Antek próbował :P), ale rzuca się świetnie, podobnie jak kasztanami. No i można celować taką fasolką do butelki, więc Antonio bierze po jednej fasolce w paluszki i celuje do otworu butelki. Jak wrzuci, to się bardzo cieszy. :) I tak sobie wrzuca, a potem potrząsa tą butelką i wszystko wypada i jest zabawa od nowa. :)
   Fasolki i kasztanki są hitem tego tygodnia.
   Marzy mi się jeszcze znaleźć gdzieś takie małe pudełeczko albo tackę podzieloną na cztery części (może też być więcej) i do każdej przegródki powkładać coś a la jesiennego: kasztany, listki, piórka ptasie (już zbieram, mam dwa :P) itp. Podpatrzyłam coś takiego u koleżanki, ona też zbierała dla swojej córki korki od butelek po winie i otoczaki z plaży. Bardzo to fajnie wygląda i daje dziecku możliwość poobcowania z różnymi fakturami, ciężarem i z naturą przede wszystkim, nawet jeśli za oknem leje i wieje (a o to w Dublinie nie trudno :/).
   Na razie Antoś cieszy się z listków na ścianie, chętnie je obrywa i, mówiąc wprost, demoluje moje całowieczorne starania, żeby ten kącik jesienny zrobić, ale cóż - nie robiłam go, żeby był piękny i trwał po wsze czasy, tylko żeby Antoś mógł się nim pozachwycać... no i porozwalać go, jeśli taka jego wola. ;) Trochę więcej sprzątania nie zrobi mi już żadnej różnicy.

piątek, 9 września 2011

Poszerzanie horyzontów

   Odkąd Antek zaczął chodzić na dwóch nogach i skończył ten swój magiczny pierwszy rok, patrzę na niego inaczej. Wydaje się taki... dorosły. Mam poczucie, że potrzeba mu więcej wyzwań, mądrzejszych zabaw, no wszystkiego po prostu na wyższym poziomie intelektualnym. Owszem, jeżdżenie autkiem po podłodze i robienie "brum-brum" albo ganianki na czworakach są fajne, ale nie na cały dzień, dzień w dzień. Trzeba czegoś jeszcze. To już nie jest bobas, co to siedział i potrafił zająć się grzechotką przez dłuższy czas. Dziecko mi dorasta, muszę sprostać nowym potrzebom Antka.
   Od bloga do bloga trafiłam na cudo o nazwie "wczesna edukacja". Potem płynnie przeszłam na blogi o metodzie Montessori i zabawach edukacyjnych, metodzie Domana, domowemu nauczaniu, hand-made zabawkom. Qrcze, jest tego wszystkiego niesamowicie dużo, tych alternatywnych sposobów wychowania dziecka. Kompletnie sobie nie zdawałam z tego sprawy. Mało tego - sporo z tych metod do mnie przemawia, przynajmniej częściowo, fascynują mnie i wiem już, że będę próbować iść w tę stronę.
   Jestem już po lekturze "Radosnego dziecka", o metodzie Montessori dla dzieci od narodzin do 3 lat. Sporo z tego, co tam napisano, intuicyjnie przeczuwałam już od dawna i tak staram się robić: wychowanie w szacunku dla dziecka i jego potrzeb, podążanie za dzieckiem i jego potrzebami, duże pole do samodzielności dziecka, włączanie w obowiązki domowe, brak kar (zwłaszcza cielesnych, brrr!), itd. No trochę tak a la rodzicielstwo bliskości. ;) Mój pomysł na bycie mamą i na wychowanie Antka odnajduje się jakoś w tym właśnie nurcie. Na razie czytam, chłonę. Posprzątałam antkowe książeczki i zabawki, myślę nad zrobieniem kącika "artystycznego", gdzie na ścianie poprzyklejam jakieś reprodukcje obrazów albo wariację na temat jesieni (tuż-tuż), jakieś kasztany czy liście kolorowe... Po przejrzeniu dziesiątki blogów mam robiących ręcznie fajne zabawki dla swoich dzieci z przysłowiowego niczego, mój umysł otworzył się na nowe możliwości i chcę je wprowadzać w życie. :)
  A z nowości czytelniczych: polecam wydawnictwo Tatarak. :) Mają fajne i mądre książeczki dla dzieci. Po wykupieniu niemal wszystkiego z Zakamarków przyszedł czas na plądrowanie kolejnego sklepu on-line. :P

środa, 7 września 2011

Tykanie zegara

  Moje ciało obudziło się do życia po prawie 2 latach przerwy, a było to wczoraj. Owulacja. Niesamowite, ale zdążyłam już totalnie zapomnieć, jak to jest. I że coś mnie brzuch dziwnie pobolewał/kłuł przez ostatnie 2 dni, to nawet nie skojarzyłam, że to TO, tylko myślałam o niestrawności jakiejś. ;P A tu proszę bardzo!
   Nie dalej jak parę dni temu zwierzyłam się mężowi, że ostatnio nachodzą mnie myśli o kolejnym dziecku, o byciu w ciąży. Że się oglądam za kobietami z widocznymi już ciążowymi brzuszkami i myślę sobie, że to fajne, że ja też tak chcę. Teraz już wiem, że umysł już coś-tam przeczuwał i dawał mi znać.
   Przez znajome blogi przelewa się powoli fala kolejnych ciąż. Coś czuję, że wkrótce mogę na tej fali popłynąć i ja. Bo czemu by nie? Dwuletnia różnica wieku między kolejnymi dziećmi byłaby w sumie w sam raz. No i ta perspektywa braku okresu przez kolejne ok. 2 lata... ;) Chyba się nie oprę. Już z Adamem na ten temat poważnie rozmawiamy, już sprawdzamy w kalendarzu, kiedy wypadają dni płodne i czy starać się już teraz-zaraz czy jeszcze odczekać chwilkę.
   Chyba nie sądziłam, że jakoś tak... hmmm... szybko to przyjdzie. Ta myśl o kolejnym dziecku. Antek pochłania mnie totalnie, a jednak serce jest pojemne i chętnie pomieści jeszcze jakieś małe istotki. :) Trochę mi dziwnie z myślą, że mam być znów w ciąży, ale tym razem już z jednym dzieckiem u mego boku, a potem mieć dwójkę i jakoś ogarnąć wszystko i nie oszaleć. :P Ale pamiętam też, że czułam coś takiego na początku ciąży, a potem wszystko potoczyło się tak naturalnie i bez fanfar, że pewnie teraz też bym się szybko zaadaptowała.
   Mój (na razie) jedynak śpi sobie smacznie za ścianą. Trochę popłakuje przez sen - to czwórki dolne się wyrzynają. Już je zaznaczyłam na suwaczku ząbkowym, żeby w ten magiczny sposób dać im do zrozumienia, że mają już wyjść i dać Antkowi spokój. Niech sobie śpi.

sobota, 3 września 2011

Pozytywnie

Znów Dublin. Chmury, deszcz i wiatr. Standard. Nawet nie ma co pisać. Napiszę o tym, co było.

   Byliśmy nad morzem naszym polskim i było BARDZO fajnie. Antek + woda to jest zawsze dobre połączenie. :P Chociaż wystąpił u małego Antonia konflikt dążenie-unikanie: woda morska pociągała go swą wielkością, ale fale skutecznie odstraszały. :P Tak więc najpierw bobas dzielnie człapał w kierunku morza, zanurzał w nim obie nóżki, a potem szła maleńka-tyci-tyci fala, która się na tych nóżkach rozbijała i wtedy Antoś z krzykiem uciekał na brzeg i szukał ratunku w opiekuńczych ramionach mamy lub taty. Ale do kompletu była też gigantyczna piaskownica (plaża) i nowiutki zestaw do piasku (wiaderko i cała reszta), które zresztą kompletnie się nie przydało, bo Antek wolał grzebać w piasku znalezionym po drodze patykiem. :P A z zestawu najfajniejsza jest na razie konewka, bo można z niej polewać różne rzeczy wodą. :P
   W pakiecie około-plażowym była też obowiązkowa smażona rybka na deptaku (Antek gustował we flądrze), przejażdżki mini-karuzelkami (KONIKI!) i autkami (bo jest tam KÓŁKO, czyli kierownica), łażenie samopas prawie wszędzie, pod lekkim nadzorem rodziców (bo jak Antek zobaczy gdzieś schody, to jest koniec wycieczki - trzeba na nie WEJŚĆ,  potem z nich ZEJŚĆ, a potem jeszcze raz, i tak przez pół godziny :P). Ciocia ugościła nas wspaniale, jedzenie pierwsza klasa - wszystko świeże, warzywa działkowe, mięso ze wsi od rolnika... normalnie wypas z wyczesem. Odpoczęliśmy, opaliliśmy się, a spędziliśmy nad tym morzem raptem 3 dni. Krótko. Wspólnie z Adamem uznaliśmy, że tak ze 2 tygodnie takiego byczenia się byłoby w sam raz. Przeplatane jakimiś wycieczkami, bo nie należymy z mężem do ludzi lubiących stagnację i codzienne leżenie plackiem na plaży. Niemniej raz do roku, zwłaszcza mając małe dziecko, które wymaga stałej, pełnej uwagi, taki totalny luz jest bardziej niż wskazany.
   Wałbrzych też zaliczam na plus. Zwłaszcza moich rodziców w roli dziadków. Gdy Antoś był malutki, wpychali się ze swoimi radami, co powodowało napiętą atmosferę. Teraz Antek chodzi, a raczej niemal biega, można mu pokazywać świat, chodzić z nim za rączkę, bawić się piłką i budować z klocków dziwne konstrukcje. Widzę, że na tym etapie życia mojego szkraba dziadkowie odnajdują się znacznie lepiej. I są naprawdę fajni w tym swoim dziadkowaniu. Mama - jak zawsze zresztą - jest totalnie nachalna i kontrolująca, ale wybaczam jej to, bo Antek ma z nią kontakt sporadycznie i ta odrobinka kontroli mu nie zaszkodzi - raczej śmiesznie obserwuje się moją mamę w próbach kontrolowania żywiołu, jakim jest Antek na dwóch nogach, którzy piszczy, krzyczy, wszystko chce i wszędzie chce SAM. Mama lata za nim jak przysłowiowy kot z pęcherzem, ciągle mnie napomina, żebym na niego uważała, bo coś-tam sobie może zrobić. W jej oczach jestem chyba straszliwie permisywna, bo zazwyczaj pozwalam Antkowi robić samodzielnie mnóstwo rzeczy i chodzić samemu wszędzie, samej tylko obserwując go, by faktycznie nie wpadł w jakieś większe tarapaty. Ale nie chce mi się za nim biegać krok w krok, mojej mamie za to chyba inna opcja w głowie nie powstała, więc biega za Antkiem, a ja mam luz, bo wiem, że dziecko jest pod takim nadzorem, że nie ma prawa stać się mu żadna krzywda. Za to mój ojciec... no nie ten sam człowiek. Dla mnie i mojej siostry zawsze był surowy, oddalony, karzący. Dla Antka jest słodkim "dziadziem", który daje mu buziaki, bierze na ręce, pstryka mu "słit focie" itd. Bardzo mnie to cieszy, BARDZO. Miałam dużo obaw o to, jakim będzie dla Antka dziadkiem, ale widzę, że moje dziecię kupiło sobie miłość "dziadzia" od ręki, bez większego wysiłku. :) I słusznie.
   I z pozytywnych drobiazgów, które ciągnęły się za nami od ponad roku - Antkowi ropiało i ropiało prawe oczko. "Zatkany kanalik łzowy, do roczku powinno się samo przetkać, proszę masować kącik oka". Masowaliśmy, przemywaliśmy wacikami, a oko się babrało, ropiało i nie było żadnej zmiany. Roczek minął i nic się nie zmieniło. Już nawet pielęgniarka przy szczepieniu ostatnim zwróciła na to oko uwagę, że skoro do tej pory się nic nie zmieniło, to trzeba by rozważyć zabieg przepychania igłą. Nawet już na serio zaczęliśmy o tym zabiegu z Adamem rozmawiać, a tu proszę! W dzień wylotu do Polski, a był to czwartek 1 września, Antek wstał rano z czystym okiem. Podejrzane, ale czasem tak się zdarzało - a może sobie ręką przetarł? Ale w samolocie nadal było ok, po drzemce też, do wieczora ślicznie i sucho, rzęsy nieposklejane ropą jak zawsze... i tak samo kolejnego dnia, i kolejnego! Ha! Żadnych zabiegów, w końcu "samo się" zrobiło. I słusznie. :)
   A teraz znów ten Dublin przeklęty. :/ Nie ma słoneczka, nie ma ciepełka. Łatwo się do takich rarytasów przyzwyczaić. Mam nadzieję, że wrzesień w Polsce będzie ciepły, bo 18tego znów lecimy tam, tym razem na ślub znajomej. Ha! :D
   W kwestii pytań z komentarzy: zabraliśmy się prawie ze wszystkim. Zestaw do piasku został razem z piłkami i jednym zestawem klocków, reszta jest z nami tutaj. :) Zresztą nawet nie wiem, czy ten zestaw "piaskowy" w ogóle tu przywozić, bo Irlandczycy nie znają piaskownic na placach zabaw, więc moje dziecko nie będzie miało zbyt wielu okazji by się twórczo w piachu wyżywać. Może przyda się za rok, przy okazji kolejnego wypadu nad morze (obowiązkowo!). Albo jak w końcu pojedziemy na tą Gran Canarię czy inne Seszele, bo ileż można siedzieć w pochmurnej Irlandii? :P

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

System ratalny

   No, to już po imprezie. :) I wiecie co? Było bardzo fajnie, miło, spokojnie, prawie bez "spinki", choć na samym starcie tata mnie ofuknął, że za późno jesteśmy, bo on tu stoi od rana przy grillu i już kiełbaski czarne są. :P Ale potem to już było tylko fajnie, a ogrom jedzenia zjadamy do dziś (karkówka - mniam, szaszłyki - mniam, sałatka nie-grecka - mniam, kuleczki kokosowe - MNIAM!).
   W zasadzie impreza urodzinowa była takim podsumowaniem ponadtygodniowego wręczania Antkowi prezentów wraz z życzeniami. Zaczęło się od mojej koleżanki, która obdarowała Antola już w piątek przed jego roczkiem, na roczek Antol dostał prezenty ode mnie i Adama oraz "cioci" Marianny, potem przyszła kolej na kolejną moją koleżankę, po przylocie do Polski nie wytrzymali do niedzieli kolejno: nasza wspólna znajoma (która i tak nie mogła niestety być obecna na grillu, więc jej pośpiech jest zrozumiały), babcia męża, moi rodzice, ciocia męża oraz my sami. :P Bo dodatkowo, oprócz prezentów dublińskich, Antek dostał od nas też coś w Polsce. Rozpieszczanie syna to w końcu specjalność rodziców. :) I tak codziennie niemal, coś nowego się w życiu Antosia pojawiało: a to autko, a to koszulka, a to klocki... I w sumie fajnie wyszło, bo każdej z tych rzeczy mógł poświęcić uwagę, obejrzeć, wziąć do buzi, walnąć nią o podłogę, pobawić się w spokoju. Góry prezentów zrzuconej na niego jednego dnia mógłby nie ogarnąć. ;)

   A teraz ŁUPY! Ja wiem, że to takie chwalenie się i w ogóle, ale okazja jest wyjątkowa, prezentów moc, więc się chamsko pochwalę, co dostało moje dziecię. :P

  Autko "monster truck" + zieloną koszulkę z lwem i spodnie - od "cioci" Riette.
 Matę do rysowania + długopis wodny (fajna sprawa, bo dziecko może bazgrać po tym do woli, a nie ma zniszczeń - woda wysycha i można malować od nowa) - to od nas.
   Nakręcaną kaczkę do kąpieli oraz ciufkę i kauczukową piłeczkę - również od nas w ramach dodatku do prezentu głównego. Na razie "dodatki" sprawdzają się jako prezent główny, bo Antek z maty nie chce na razie korzystać, a długopis głównie obgryza. ;) A piłkę już częściowo zjadła Antka koleżanka, Matylda. :P
   Dwie bluzy i spodnie z denimu + komplet kolorowych skarpetek - od "cioci" Marianny.
   Lalkę-bobasa - od "cioci" Ewy, ku mojej wielkiej radości, bo bardzo chciałam, żeby oprócz nawału autek Antoś miał też chociaż jedną lalko-dzidzię, w ramach walki ze schematami płciowymi. :)
   Lego Duplo + książeczki - od dziadków, czyli moich rodziców.
   Klocki Wader, takie duże, plastikowe, do budowania wszystkiego - od cioci Marty, czyli mojej siostry, która, ku naszemu wielkiemu zdumieniu, nie pojawiła się niestety na Antka przyjęciu.
   Szmal :P- od prababci, która ma chore nogi i do sklepu wyjść po nic nie mogła. Coś ładnego Antkowi za to kupimy. :)
   Gumowy konik/osiołek (spór o to, jakie to zwierzę, trwa do dziś :P) do skakania - to znów od nas. :)
   Plecaczek w kształcie biedronki, a w nim zestaw pacynek i dwie kolorowanki (wiem, wiem - na wyrost, ale KIEDYŚ się przydadzą :D) - od "cioci" Idy
   Autko-śmieciarkę z serii Wader (ta sama, co klocki!) + zestaw 3 ubranek - ciocia męża, czyli dla Antka... cioteczna babcia?
   Kolejny zestaw klocków, tym razem już nie do budowania (chociaż wieżyczki też można, bo klocki są sześcienne), a edukacyjne - można ułożyć obrazek, jak z puzzli, są na nich różne zwierzątka, a jedna strona każdego sześcianiku robi za sorter - od cioci Darii
   Firmowy dres - od wujka Michała, który też rezyduje w Irlandii, a tu narodowym strojem jest dres właśnie. :P No i zawsze musi to być dres markowy, wiadomo. :P Więc teraz Antek jest już w pełni dzieckiem z Zielonej Wyspy, małym "drechem". :P
   Zestaw do piaskownicy, czyli wiaderko+łopatka+grabki+foremka+konewka, a do tego kilka koszulek i spodenki - "ciocia" Dagmara. Zestaw piaskowy też trochę na wyrost, ale wg mojej filozofii życiowej jest to coś Absolutnie Niezbędnego Dla Małego Dziecka, więc bardzo się cieszę. :)

 Poza tym dziadkowie kupili Antkowi dmuchany basen, który stał przez całego grilla gotowy do użycia, i używany był nader często. Moje dziecko to ssak wodny, pisałam o tym nieraz. :) A w basenie pływały baloniki i piłki, gdzieś po drodze kupiliśmy też jakieś tanie koło do pływania, więc szał i zabawa Antka w wodzie była nieziemska, ku uciesze biesiadujących dorosłych. :)
   Antek został wyściskany, wycałowany, ma 3 tony zabawek i sporo nowych ubranek, nawet coś-tam zjadł z tej całej grillowej uczty, dużo taplał się w basenie, biegał boso i pół-nago po działce moich rodziców i ogólnie jest chyba szczęśliwym roczniakiem. :) A my jesteśmy już w drodze nad morze, by odwiedzić moją ciocię i pochwalić się naszym nie-bobasem. :) No bo jak jest czym, to trza się chwalić i już! A przy okazji Antonio zobaczy Bałtyk. Także my jutro w trasę, ahoj!

niedziela, 14 sierpnia 2011

ROK

   Właśnie minął. ROK.

   Chciałabym życzyć mojemu nie-małemu kaczorkowi tak wielu rzeczy, tak wielu doznań i tak mnóstwa wspaniałości, że nawet nie wiem, jak to ubrać w słowa.

   Żyj. Rośnij. Poznawaj. Odkrywaj. Bądź szczęśliwy z tym, kim jesteś i jaki jesteś. "Szukaj przygody, nim wszystko przeminie" - jak śpiewa Turnau, bo tak wiele jeszcze przed Tobą.

   Dawno nie robiłam bilansów. Chyba czas na podsumowanie, bo i chwila ku temu jak najbardziej odpowiednia.

CO UMIE KACZOR?
- chodzić na dwóch nogach, sam
- pokazywać, co chce, paluszkiem
- mówić "mama", "tata", "da du" - nie wiem, co to oznacza, ale fajne :P, "papa", "baba", "co to",
- przynosić określone przedmioty, gdy się go o to prosi,
- rzucać przedmiotami, np. piłką (tylko z celowaniem gorzej)
- pokazywać "papa", "kosi-kosi", "myju-myju", jak się wyciera włoski, jak szumią drzewa (macha rączkami z lewa na prawo i robi "grhghrgh", czyli "Szszszsz" po naszemu :P), mnim-mniam (mlaskanie), dawać "cześć", buzi, robić "e.t.", czyli paluszek do paluszka, robić "brumbrum" na autko,
- wie, gdzie jest oko, nosek, pisiorek, brzuszek, pępek, zęby (klapie wtedy paszczą :P)
- myć sam zęby (znaczy - gryzie szczoteczkę, ale sam już pokazuje, żę chce myć zęby i żeby mu pasty nałożyć)
- naśladuje małpkę (u-u-u) oraz słonia (macha rączką a la trąba) i bociana (klapiemy rączkami jak dziobem)
- zna mnóstwo słów: piłka, misio, małpa, tygrys, słoń, piesek, kotek, ptaszek, dźwig, pralka, parasol, balon, szczotka, rower, auto, motor, piciu, ciumek (czyli cyc :P), buty, kaczka, woda, drzewo, kwiatek, listek, dzidzia, śmieci... Pewnie zna więcej, ale teraz już nie kojarzę (nie liczę mama, tata i części ciała, bo pisałam o nich wyżej)
- zejść sam z łóżka tyłem
- schodzić i wchodzić po schodach na nogach, trzymając się poręczy lub czyjejś ręki
- gdy kończy posiłek, ściąga sobie sam śliniaczek na znak, że więcej jeść nie będzie (także na hasło: ściągamy śliniaczek/zdejmujemy śliniaczek)
- próbuje naśladować czynności domowe, np. wycieranie podłogi szmatką, zamiatanie szczotką, mycie się samodzielnie gąbką, wyrzucać coś do śmieci,
- pokazywać język :P
- przeglądać książeczki (uwielbia!)
- przychodzić z książeczką do mamy/taty i DOMAGAĆ się jej przeczytania :P - dzieć ma preferencje i potrzeby
- otwierać samemu drzwi, jeśli tylko dosięgnie do klamki (akurat u nas w domu klamki są dość nisko),
- włączyć pralkę (naciska guzik) oraz otworzyć drzwi od pralki
- włączyć piekarnik (przekręca pokrętło)
- włączać i wyłączać światło (ale trzeba go podsadzić do pstryczka ;))
- odkręcić samemu kran w łazience (ale nie umie zakręcić z powrotem, niestety)
- jeść samodzielnie dowolne produkty spożywcze, choć nadal konsystencje płynne i półpłynne są najmniej preferowane, bo ciężko je jeść rękami, a łyżką Antek jeszcze sam nie umie. Za to wczoraj pierwszy raz nakłuł sobie sam pieroga widelcem i był z tego szalenie zadowolony. :D

Sto lat, sto lat! Idziemy się objadać i odpakowywać pierwszą część prezentów. :) Część druga już za tydzień!

czwartek, 11 sierpnia 2011

Born to swim

    Na przełomie zimy i wiosny chodziliśmy z Antkiem na kurs pływania dla maluszków. Taką w sumie tylko pierwszą część 4-częściowego kursu, który trwa cały rok. Kurs był świetny, ale ze względu na wyjazd do Polski w maju i planowane wakacje w czerwcu (których ostatecznie nie było) przerwaliśmy go, z żalem.
   Niemniej nadal chodzimy na basen, w każdy wtorek, razem z zaprzyjaźnionymi mamami i ich pociechami (niestety, same dziewczyny :P). Powtarzam tam te wszystkie rzeczy, których uczyliśmy się na kursie, coby ich nie zapomnieć. Poza tym chlapiemy się, Antek zabiera wszystkim zabawki i ogólnie jest szał i zabawa. Powtarzane elementy kursu coraz bardziej mnie jednak nudzą, Antka chyba też, bo już ich tak chętnie nie wykonuje jak dawniej. A przecież woda to jego żywioł! Więc od września będziemy kontynuować przygodę z kursem pływania dla maluchów! :D Zapisaliśmy już Antola na następny "semestr", który zaczyna się dokładnie 2 września. I bardzo dobrze się składa, bo 1 września wracamy z Polski. :)
   Już się doczekać nie mogę, choć po drodze jeszcze mnóstwo innych atrakcji związanych z pobytem w Polsce, przyjęciem urodzinowym itd. Ale moje dziecko jest po prostu stworzone do pływania, o czym wiem nie od dziś, więc ten kurs będzie chyba najlepszym prezentem dla niego. :) Musimy tylko zainwestować w nowe kąpielówki, bo ze swoich poprzednich Antol już wyrósł.

sobota, 6 sierpnia 2011

Grill party coming soon!

   Zbliżają się pierwsze urodziny Antka. SZOK! Jak to - już?! Już rok za nami?? Patrzę na Antola dziś i wspominam maleństwo, które przywieźliśmy ze szpitala do domu... Aż się wierzyć nie chce, że to ten sam człowiek, zaledwie kilkanaście miesięcy później.
   Coś jest w tych pierwszych urodzinach dziecka, że matki dostają bzika. :P Ja w każdym razie już czuję rosnące podniecenie, już w toku są przygotowania, plany, ustalona lista gości i ostatnie przymiarki do zamknięcia menu. :P Brzmi to prawie, jak uczta dla jaśnie-wielkiego-pana, ale w planach mamy zwykłego grilla dla rodziny i najbliższych przyjaciół. ;) Co nie zmienia faktu, że liczbę gości oszacowano wstępnie na prawie 20 osób! Czy działka moich rodziców pomieści taką ilość - nie wiadomo, ale będzie nam dane (jeśli pogoda dopisze, puk-puk - odpukałam!) przekonać się o tym już za 2 tygodnie, impreza jest bowiem planowana na niedzielę, tydzień po urodzinach (qrcze, właśnie złapałam się na myśli, że to oznacza, że urodziny moje dziecię ma za TYDZIEŃ! Szok! Tylko tydzień...).
   Planujemy z Adamem zaskoczyć gości fajnym, dobrym i zdrowym jedzeniem. Jak najmniej cukru, zero konserwantów, dużo owoców, warzyw, własnoręcznie pieczony pasztet z soczewicy, guacamole z awokado z niebieskim serem i jalapenos, kuleczki kokosowe (o ile mi wyjdą, bo będę robić je pierwszy raz, ale próba generalna odbędzie się jeszcze tu, w Dublinie) na miodzie, itd. w tym guście. :) Odkąd bobas je z nami, wyżywam się twórczo w kuchni, szukam dobrych przepisów, blogów kulinarnych z potrawami aromatycznymi, zdrowymi, które bez obaw mogłabym podać małemu dziecku, a i samej zjeść z przyjemnością. Także próbka naturalnej kuchni będzie na grillu właśnie, jako dodatki do szaszłyków i mięs, których też nie zabraknie. :) Uzgadniamy z mężem detale jadłospisu, jakby od tego miało czyjeś życie zależeć. :P
    Za półtorej tygodnia będziemy znów w Polsce. A za tydzień moje dziecko przestanie być oficjalnie niemowlęciem. Ale najbardziej chyba czekam na grill-party, bo wtedy to będzie takie oficjalne. No i PREZENTY!!! :D (tak, wiem, nie dla mnie, tylko dla Antka, ale co poradzę, że też się cieszę na myśl o nich) No i w końcu wszyscy razem w jednym miejscu.
   Pogodo - dopisz!

środa, 3 sierpnia 2011

Halo, halo, Mietku!

   Chusta ostatnio wychodzi nam już bokiem. To nawet nie to, że nie chcemy już nosić z Adamem Antka, tylko że niekoniecznie już w chuście. Motanie tego ponad czterometrowego kawałka materiału robi się już męczące, potrzeba czegoś prostszego w obsłudze, co przydałoby się na wycieczkach np. w góry. Czyli - nosidło.
   Moja koleżanka, mama rocznej córeczki, kupiła sobie niedawno mei-tai'a. To takie miękkie, azjatyckie nosidło: prostokąt + 4 doczepione do niego pasy. O niebo prostsze i szybsze do wiązania niż chusta, łatwo zawiązać sobie dziecko na plecach, no i po prostu ładne są te nosidła. ;) Znalazłam dwie strony internetowe, gdzie zwykłe-niezwykłe kobiety szyją takie "mietki": TULIKOWO oraz PATHI . Pierwsza strona urzekła mnie od razu, nawet napisałam maila do autorki z pytaniem, czy nie zechciałaby uszyć i dla mnie nosidła. Jednak strona od ponad roku nie jest aktualizowana, pani nie odpisała, a z jednego forum chustowo-nosidłowego dowiedziałam się, że już nie szyje nosideł, niestety. W sumie straszna szkoda, bo ma prawdziwy talent i niesamowite pomysły.
   Zatem udałam się pod drugi adres. Trochę się obawiałam takiego zamawiania on-line: wybierasz sobie kolory ze zdjęcia, a cholera wie, jakie one będą w rzeczywistości. No i trzeba autorce przedstawić swoją koncepcję na nosidło - jakie wzory chcemy, jakie tło, jakie pasy, jakie to i tamto... Trochę głowa pęka od ilości rzeczy do wyboru. Ale - jak zawsze - nie taki diabeł straszny. :) W kilku mailach udało mi się z autorką ustalić wszystkie istotne detale, potem przyszło trochę poczekać, aż dziś dostałam w końcu zdjęcia mojego gotowego nosidła! Kolory ponoć nie do końca są adekwatne z rzeczywistością - tło jest brązowe, choć zdjęcia sugerują czerń - ale dla mnie jest PIĘKNE! Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu je dostanę (czytaj: w połowie miesiąca, gdy przyjedziemy do Polski na antkowy "roczek"). Od jutra jeszcze 2 tygodnie do wylotu, odliczam, odliczam...
A tak wygląda (nosidło jest dwustronne):

   Antek swoją premierę 'mietkową" już miał, wiązałam go w "mietku" koleżanki, na plecach - macie pojęcie, jakie to jest wygodne? Ponad 11-kilogramowy Antoś wydaje się ważyć znacznie mniej, gdy nosić go na plecach właśnie. Jemu się chyba też spodobało, bo  ostatecznie zasnął wtulony gdzieś pomiędzy moimi łopatkami. ;) Chuście mówimy "pa-pa". Służyła dzielnie jakieś 11 miesięcy.
   Adam przyznaje, że nosidło jest śliczne, ale nie dla niego - on chce coś, co ma sprzączki i klamerki i przypomina bardziej plecak. Znaczy - męskie takie, nie kawałek "szmaty" z paskami. :P Na szczęście PATHI szyje też nosidła ergonomiczne, więc chyba z zamówieniem udamy się pod ten sam adres, co z MT. I wszyscy będą zadowoleni. No... może oprócz mojej mamy, która długo pewnie jeszcze nie będzie mogła przeżyć faktu, że jej wnuczek nie ma swojego wózka. :P Po cichu jednak liczę, że "mietek" urzeknie ją pięknem. No bo piękny jest po prostu. :)

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Pieluszkarnia

   Przenoszenie bloga to ciężka orka na ugorze, ale można w ten sposób odnaleźć sporo ciekawych wpisów i komentarzy. I nadrobić zaległości. Bo dawno, daaaawno temu, obiecałam napisać, jak nam idzie z pieluszkami wielorazowymi, a nic nie napisałam. Będzie teraz, już trochę z perspektywy czasu.
   Kupiłam cały zestaw Naughty Baby, 18 sztuk, w różnych kolorach. Od razu napiszę, że zakup się nie sprawdził. I nie, nie chodzi o to, że wielorazówki są "be". Te konkretne, czyli właśnie Naughty Baby, nie zdały u mnie egzaminu z kilku powodów:
- odciskające się gumki na udach Antka: zastanawiałam się, zwłaszcza pod koniec ich użytkowania, gdy Antek miał jakieś 5 czy 6 miesięcy, czy go to nie boli.
- przeciekanie bokami: pieluszki wielorazowe mają to do siebie, że trzeba je zmieniać częściej niż pampki, bo dziecko nie ma "zawsze sucho, zawsze pewnie". :P Ale NB po prostu były zawsze mokre na bokach, w pachwinach, i po tym można było poznać, że czas na przebranie. A przebierałam średnio co godzinę, czasem co półtorej, także to raczej nie była kwestia higieny, tylko słabej jakości tych pieluszek. Przeciekająca pielucha moczyła każdego bodziaka i spodenki, jakie Antek miał na tyłku, więc trzeba go było przebierać sto tysięcy razy dziennie. Pralka chodziła non stop.
- osiemnaście pieluch to jest tak na styk, jeśli chce się prać co drugi dzień. Dwadzieścia byłoby znacznie lepsze, albo i więcej. No chyba że ktoś pierze każdego dnia, ja nie.
- dla mnie opcja kieszonka chyba jednak nie jest taka fajna. Ale to wiem już po czasie, przy zakupie wydawało mi się, że tak jest wygodniej i szybciej w obsłudze.

Generalnie nie polecam tej firmy. Po porażce z pieluszkami NB przewertowałam całe forum pieluszkowe i wyszło, że trochę się porwałam bez sensu na cały zestaw z jednej firmy od razu. Że to się chyba nikomu nie sprawdziło. Że na początek lepsze są zwykłe tetry + otulacze (takie majteczki, które nie przemakają, zakładane na tetrę), bo otulacza nie trzeba wymieniać przy każdym przebraniu (no chyba, że się zabrudzi kupongiem, wtedy nie ma rady :P), a tetry można kupić mnóstwo i wychodzi taniej. I prać można nawet i co trzeci dzień. Ale to wiem TERAZ. Niestety.

   Wniosek ogólny dla mnie z całego tego doświadczenia płynie taki, że za mało się zapoznałam z tematem i rzuciłam na "kolorki". ;) Mój błąd. Pieluchy już dawno są na Antka za ciasne, ale on też jest wyjątkowo duży. Producent się zarzeka, że te pieluszki mają starczyć na cały okres pieluchowania. Nam nie starczyły. Teraz "jedziemy" na pampkach, które są wygodne, bo prać nie trzeba, ale generują tony śmieci. No i co rusz trzeba je targać ze sklepu, bo schodzą nad wyraz szybko. Jest to wkurzające, ale z drugiej strony dla kogoś może być wkurzające pranie pieluch. Dla mnie pranie było ok, gdy byłam w Polsce. Tutaj mieszkanie mamy mikroskopijne, pralka chodzi głośno jak czołg i nie ma tego gdzie suszyć. Więc może i lepiej, że teraz te pampki mamy. Antek już pewnie nawet NB nie pamięta, na zdjęciach się tylko zachowały.

    Przy drugim dziecku może spróbuję jeszcze raz, ale bardziej "z głową". Zresztą nie wiem. I jedne, i drugie pieluchy mają swoje "za" i "przeciw". Ta porażka pieluszkowa trochę mnie zniechęciła, głównie ze względów finansowych (na NB wydałam ponad 500zł, a teraz i tak kupujemy pampki :/). No zobaczymy. Moja koleżanka nadal stosuje wielorazówki u swojej ponad rocznej już córeczki i sobie chwali. Ale ona ma zupełnie inne niż ja miałam. No mam mieszane uczucia po prostu. Idea jest fajna, ludziom się sprawdza, ale mi się akurat nie udało. I chyba tyle z remanentów, czas pisać bloga na bieżąco, bo się "zapuściłam". :P

piątek, 15 lipca 2011

Remanenty

Najpierw trzęsienie ziemi, jak u Hitchcocka: postanowiłam przenieść bloga na inny serwis. Tak, tak, dość już Onetu. Powód jest bardzo prozaiczny i, rzekłabym, trywialny - onetowe blogi są... brzydkie. :P A mi się marzy fajny layout. Po prostu ze mnie snobka wychodzi, no, i tyle. :P
   Na razie żmudnie przenoszę notkę po notce, bo nic w przyrodzie zginąć nie może. Nie po to od 1,5 roku piszę te swoje zwierzenia matczyne, żeby mi to przepadło w czeluściach sieci. A przy okazji przenoszenia notek (i komentarzy! Tak, komentarze też, jeden po drugim, kopiuj-wklej, dramat!) czytam sobie to, co pisałam i co mi ludzie pisali. Czasem to śmieszne, czasem żadne. Ale dziś trafiłam na moją Bardzo Kontrowersyjną Notkę z maja zeszłego roku o gadżetach dla niemowląt, kosztach i dlaczego uważam to wszystko za zupełnie zbędne. Komentarze też czytałam (i przeniosłam, 127 bodajże!) i postanowiłam zrobić małe podsumowanie po prawie roku mamowania, czyli: co FAKTYCZNIE się przydało, a co nie, i dlaczego.

1. Zapas używanych i (paru) nowych ubranek w rozmiarach od 56-74, ponad 100 sztuk, w tym czapeczki, skarpetki i łapki-niedrapki: przydały się bardzo. Gdybym miała kupić to wszystko nowe, to chyba bym z kredytów do dziś się musiała tłumaczyć. Antek wyrósł z tych rzeczy w 5 miesięcy. Ale też moje dziecko nigdy do najmniejszych nie należało. Córka koleżanki do dziś (a kończy zaraz 8 miesięcy) chodzi (a raczej leży) z powodzeniem w sweterku rozmiar "0-3 miesiące". :P Ubranka, po wstępnej segregacji i wywaleniu tych, które naprawdę były niefajne, zostały spakowane w wielkie worki i czekają na kolejne kaczątka w rodzinie. Nawet jakby się nam miały same córki teraz rodzić, to swoje pierwsze miesiące życia spędzą w bodziakach i pajacach z misiami i autkami, bo mi się kompletnie nie widzi kupowanie nowych "dziewczęcych" ubranek (zapewne różowych, bo wybór kolorystyczny dla dziewczynek jest żaden) dla bobasa, który nawet dobrze jeszcze nie widzi. :P A potem się zobaczy. Obecnie Antol ma już wszystko nowe, ale nadal nie z "Mothercare" czy innych cudów-niewidów. Normalne, ładne, nie zawsze nawet niebieskie. :P

2. Używany fotelik samochodowy: jak wyżej - był super i teraz leży i czeka na lepsze czasy, bo Antek jest na niego za duży. Straszono mnie w komentarzach zagrożeniem dla dziecka, że taki używany to może być "powypadkowy" (cokolwiek to oznacza... co - wyklepali mu blachy i puścili w drugi obieg?), że co ze mnie za matka. No taka, jak widać - dziecko żyje i ma się aż za dobrze. :P

3. Wózek - mieliśmy dwa: jeden w Polsce (już sprzedany), drugi w Dublinie (już sprzedany). Tak - nie mam wózka dla dziecka! Szok i kosmos! :P Nie wydałam na wózek ciężkich pieniędzy, co okazało się o tyle rozsądne, że Antek wózków nienawidził. Więc i sprzedać mi nie było żal, bo się do nich emocjonalnie nie przywiązywałam: że to takie cudo z bajerami za bogowie-wiedzą-ile pieniędzy, a ja teraz mam obcym oddać. Chociaż teraz chodzi za mną jakaś lekka spacerówka-parasolka MacLarena, ale sama jeszcze nie wiem, czy za mną chodzi, bo wszyscy mają, więc wypada mieć, czy faktycznie potrzebuję tego czegoś. :P

4. Chusta - ponoć mogłam nią zadusić dziecko, a w ogóle to moje plecy i kręgosłup tego nie wytrzymają, że już o kręgosłupie Antka nie wspomnę. Toż to czarna rozpacz - dziecko takie omotane, zamiast sobie leżeć w wózku. Antek zamotany pozwala się nosić już 11 miesięcy. Zaczęliśmy zaraz po zagojeniu pępka (wcześniej miałam lęki, że mu coś uszkodzę z tym pępkiem, a że można przecież nosić dziecko też na leżąco, to jakoś nie wpadłam :P) i trwamy do teraz. Chociaż chusta nam już coraz mniej pasuje, Adam coś przebąkuje o ergonomicznym nosidle, mi się znowu ostatnio podobają mei-tai'e, nawet się z Antkiem zawiązaliśmy w takiego "mietka" u koleżanki, która sobie to coś kupiła dla swojej córeczki - powiem wam, że o niebo prostsze w zastosowaniu niż chusta i świetnie się sprawdza przy noszeniu dziecka na plecach! A mi się właśnie takie noszenie ostatnio marzy, a w chuście się jakoś cykam, nie umiem tego dobrze dociągnąć, ciągle mam obsesje, że Antek mi wypadnie, że ja go nie widzę. Także mietek konta ergo. Jeśli wózek nie przejdzie, to pewnie kupimy po prostu dwa nosidła. :P

5. Przewijak - totalnie zbędny. Ceratka z IKEI sprawdza się do dziś, choć jest już odrobinę "zużyta" (czytaj - naddarta). Ale widziałam też bardziej zaawansowane takie przenośne ceratki do przewijania i może nawet się skuszę i sobie taką zafunduję. Jeśli nie dla Antka nawet, to na przyszłość. W każdym razie przewijam Antka gdzie się da: podłoga, łóżko, ławka w parku itd., plecy nadal żyją, masażysta jeszcze nie był potrzebny. Generalnie więcej biadolenia na temat tego, jakie to straszliwie niewygodne niż czegokolwiek innego. Dla mnie bardziej hardkorowe jest właśnie przewijanie na jakimś meblu z przytwierdzonym przewijakiem, bo to jednak na wysokości, a jak dziecko spadnie albo co? Z dywanu spaść nie sposób, jak pisał Talko w którejś ze swoich świetnych książek, a ja się z tym zgadzam. :)

6. Wyparzacze do butelek, sterylizatory itd. - nie mam. Bo karmię piersią. W ogóle uważam, że listy wyprawkowe, które się zamieszcza w różnych poradnikach i ulotkach dla przyszłych mam są jakieś tendencyjne. Ponoć stawia się w Polsce na karmienie piersią, a do tego - jak sama nazwa wskazuje - potrzebne są głównie piersi. To po cholerę mi wyparzacz? Cycki mam sobie wyparzać przed karmieniem? Toż jasne jest, że takie cudo służy do butelek. Ale po co butelki, jak karmić trza piersią? Stąd tendencyjność - od razu zakłada się, że butelka MUSI BYĆ, a jak butelka, to i cała reszta akcesoriów. Jakoś tego nastawienia pro-piersiowego nie widać. A ponoć gdzieś też jest terror. :P W każdym razie jakieś butelki w domu miałam - dostałam za free wraz z jakimiś próbkami kosmetyków itd.

7. Termometr do wanienki: tak, są też takie wanienki od razu z wbudowanym termometrem. Kosztują oczywiście więcej niż takie bez, choć do takiej bez można sobie przecież dokupić termometr pływający w kształcie np. kaczuszki (zgadnijcie, jaki ja mam :P), za jakieś grosze po prostu. Na to samo wychodzi, a taniej. Z tym, że po jakimś czasie i tak już się wie, jaka ta woda ma być i termometr w ogóle nie jest do niczego potrzebny. Jakaś mama mnie w komentarzu ostrzegała, żeby dziecka nie ugotować niechcący, że bez tego termometru to Sodoma i Gomora może być. Doświadczenie mi jednak mówi, że zwykle woda u nas była za chłodna raczej niż za ciepła i jeśli już, to można dziecko wychłodzić (noworodki zwłaszcza reagują gwałtownie, bo to szok termiczny po cieplutkich wodach płodowych z brzucha mamy). A poza tym taki pływający termometr jest fajną zabawką do kąpieli dla malucha. :)

8. Łóżeczko dla dziecka, pościel itd. - pościeli nie kupiliśmy, łóżeczko owszem, bo nam się wydawało Super Niezbędne. Antek nas szybko wyprowadził z błędu w tej kwestii, odmawiając w drugim czy trzecim miesiącu spania w łóżku w ogóle. Kiedyś na początku po wieczornym karmieniu, odkładałam go do łóżeczka i on tam sobie zasypiał, a gdy się budził w nocy - Adam go przenosił do nas i resztę nocy spał z nami. Chyba mu się to przenoszenie wydało w końcu idiotyzmem. :P Odtąd śpi z nami cały czas i na razie nic nie zapowiada zmiany, a Adam już dawno przestał marudzić na ten temat i mówi, że mu się świetnie z Antkiem śpi. :P Łóżeczko muszę sprzedać też, bo drugie dziecko po prostu od razu będzie spało z nami, bez ceregieli.

9. Kosmetyki za dziecka: zasypki, pudry, oliwki, kremy itd.: z tego wszystkiego, to mam krem. Choć w zasadzie dziś akurat nie mam już, bo się skończył. :P No i płyn do kąpieli. I tyle. Mam też od groma próbek Sudocremu, chyba z 8 takich małych opakowań, z czego nie zużyłam przez te 11 miesięcy nawet jednego takiego maleństwa. Także kupować nie musiałam, rozdają to na prawo i lewo. Żadnych pudrów ani zasypek Antek na oczy nie widział i na skórze swojej nie testował. W ogóle nie wiem, do czego by się to miało używać.

10. Pieluszki: po Huggiesach dla noworodka, krótkiej przygodzie z wielorazówkami, teraz używamy... Pampersów! Tak - zarzekałam się, że za drogie i w ogóle. Ale tutaj cena jest w miarę ok, zawsze zresztą polujemy na promocje. Przeciekają jak wszystkie inne pieluchy, zwłaszcza jak kupong jest bardziej wodnisty, ale widzę komfort w dotyku: są bardziej miękkie, elastyczne niż tańsze wersje z Bootsa. Z utęsknieniem czekam jednak dnia, gdy Antonio przestanie używać jakichkolwiek pieluch, bo z tego jest tyle śmieci, które trzeba non-stop wywalać... 3/4 śmietnika to antkowe pampki.

11. Chusteczki nawilżane: ponoć ekologiczniej po prostu wodą przegotowaną przemywać dziecku pupkę, zanurzając w niej wacik. Może. Mi się wody nie chce gotować i cudować, więc "jedziemy" na chusteczkach, jak znaczna większość ludzkości. Na jakichś najtańszych, jakie tu są - różnicy w skórze Antka nie widzę żadnej, a w portfelu i owszem, bo idzie tego cholerstwa miesięcznie sporo, niestety. Akurat marka Pampers jest tutaj moim zdaniem beznadziejna - za małe te chusteczki, przez co więcej ich trzeba zużyć, więc wychodzi drożej i bez sensu.

12. Bujaczek - "odziedziczyłam" go wraz z mieszkaniem, które teraz wynajmujemy, bo wcześniej tu też mieszkało młode małżeństwo z synkiem. Synek wyrósł, bujaczek został, więc Antek z niego korzystał. Czy sama z siebie bym kupiła? Nie wiem, pewnie nie. :P Natomiast bujaczek był ok przez dłuższy czas, znacznie lepiej Antol znosił siedzenie w nim niż leżenie plackiem na podłodze: lepiej wszystko widział i wiedział, gdzie się przemieszczam. No i nóżkami można sobie tak fajnie pokopać, a to coś się rusza i buja! Radość dziecka wielka. :) To tak z cyklu: jak dziwnym trafem miałam coś, czego kompletnie nie planowałam, a co się sprawdziło.

Więcej kontrowersji nie pamiętam. Ale pewnie jeszcze kilka popełnię. :P

Nowy blog TUTAJ. Na razie nic nowego tam nie ma, nadal się "przeprowadzam", kopiuj-wklej, kopiuj-wklej...

poniedziałek, 11 lipca 2011

Mały krok dla ludzkości, duży dla Kaczorka :)

Dziecię me rozpoczęło etap testowania: jak to jest z tym samodzielnym chodzeniem. :) Ilość samodzielnie wykonanych kroczków z każdym dniem się powiększa: jeszcze z tydzień temu były to raptem dwa kroki-nie kroki, wykonane w pół-rzucie w stronę maminych ramion. Potem zrobiło się z tego 4 kroki. Ostatnio jest już osiem z rzutem w stronę mamy albo cztery, ale ukończone nadal samodzielnym staniem w pionie. ;) Zabawa stała się na tyle interesująca, że Antol uskutecznia ją już nawet na placu zabaw, rzucając się w ramiona niczego nieświadomych dzieci. :P Dzieci zwykle uciekają albo Antka odpychają - jakieś takie nietowarzyskie, czy co? :P Grunt, że młody się nie zniechęca. :)
   Gdy Antonio nie ma ochoty raczkować i chce się gdzieś dostać na dwóch nogach, a wie doskonale, że tak daleko sam jeszcze nie zawędruje, szuka moich rąk, na których przecież można się tak fajnie podeprzeć. :) W chwycie za dwie ręce bobas już w zasadzie biegnie, a nie idzie, za jedną rączkę ślicznie człapie swoimi małymi nóżkami. I to nie jest tak, że ja go prowadzę za ręce - Antek sam podaje mi swoje rączki do trzymania, a w zasadzie to łapie moje ręce i zaczyna iść, a ja muszę za nim nadążyć. Kierunek i tempo nadaje mały, ja robię tylko za oparcie. :P Próby sterowania Antkiem sprawdzają się z rzadka i tylko w sytuacjach, gdy cieszy go samo chodzenie. Jeśli natomiast bobas sobie upatrzy jakiś cel (czytaj: papierek błyszczy się w trawie, leży puszka po piwie/coli/itp.), to nie ma zmiłuj. Zmiana trasy owocuje buntem na pokładzie, tupaniem, machaniem łapkami, krzykiem... no wiecie - cały pakiet pod tytułem: "Jestem na NIE". ;)
   Nie muszę chyba pisać, że jestem zachwycona każdym kolejnym krokiem bez wspomagaczy? :D

sobota, 2 lipca 2011

Chorzy, chorszy

No i choroba dopadła i Antka, i mnie: kaszlemy nieco, z nosów leją się nam dwie Niagary, mi dodatkowo łzawi przewlekle prawe oko (pewnie od tego kataru).
   W związku z katarem Antek ma utrudnioną opcję ssania maminej piersi, no bo jak to zrobić przez zatkany nos? A wyczyścić aspiratorem sobie nie da, albo będzie krzyczał w spazmach i protestował straszliwie. Więc czyszczę tylko dwa razy dziennie: po przebudzeniu i na wieczór, żeby chociaż usnął jakoś w miarę bezproblemowo.
    Za to ja w związku z katarem znów zafundowałam sobie krew z nosa. :/ Ale ja już tak mam z tym nosem, i wiem o tym nie od wczoraj. Niemniej zawsze wkurzam się tak samo, bo sam katar jest już wystarczającym utrapieniem i sterczenie w pozycji pochylonej nad umywalką z kapiącą juchą z nosa na pewno mi niczego nie ułatwia.
    Pomarudziłam i znikam. Bez odbioru na razie.

środa, 29 czerwca 2011

Dwójki

Z tego wszystkiego nie zanotowałam ważnej wiadomości: Antol ma już kolejne dwa zęby, dolne dwójki. Ta z prawej strony wychodziła baaaaardzo długo, chyba ze 3 tygodnie. Jak się w końcu przebiła, to zaraz pojawiła się też jej koleżanka z lewej strony. ;) Także 8 zębiszczów za nami, jeszcze tylko 12, bagatela. :P

   Nastrój nadal do bani, żeby gorzej nie napisać. Pogoda pod psem dokłada mi swoje, niestety. Chodzę i warczę na Antka, który miągwi straszliwie: odreagowuje wyjazd + złapał na tym wyjeździe jakiś katar i cieknie mu z nosa, coś tam z lekka pokasłuje i ciągle chce do cyca, na ręce, tuli-tuli itd. Dobrze, że ugotowałam wczoraj wielki gar zupy, który możemy teraz jeść przez 3 dni, bo inaczej bym się chyba zastrzeliła, jakbym miała jeszcze ogarniać kuchnię przy tym wszystkim.
   Niestety, przez wzgląd na infekcję apetyt Antka spadł do zera (mam na myśli jedzenie inne niż mleko mamy, bo tego nigdy za wiele), jedzenie z tacki znów w 99% ląduje na ziemi, a Antonio dobitnie i głośno obwieszcza światu, że on już jest po posiłku, podczas gdy ja dopiero zjadłam dwie łyżki. :/
   Brak mi dziś jakiegoś dobrego wydarzenia, czegoś pozytywnego. Ani na spacer, bo leje, bawić się Antonio jakoś w nic nie chce, sporą część dnia przespał wtulony we mnie, więc ja - siłą rzeczy - byłam uziemiona przez ten czas. I, żeby dobić się kompletnie, jakaś wysypka młodemu wylazła na plecach i ramionach. Winowajca na razie nieznany, poszukiwania już rozpoczęte, ale póki nie znajdę tego cholerstwa, nici z moich kulinarnych eksperymentów. :/ Damn, damn, damn.
   Dziś jestem bardzo nie-optymistyczna. Bardzo.

wtorek, 28 czerwca 2011

Bobas wysokogórski i gorzkie żale

Poza dojrzewającą gotowością do chodzenia i powolnymi ćwiczeniami samodzielnego stania, Antek staje się dzieckiem wspinającym na wysokości. Zaczęło się od podciągnięcia do okna, opierając nogę o rolkę papierowych ręczników, potem jakaś nieśmiała próba wdrapania się na kanapę, teraz Antek doskonali technikę wchodzenia i schodzenia z takiego małego stoliczka/tacki na nóżkach, przy którym kiedyś bawił się na siedząco. :P
   No i pięknie wchodzi na czworakach po schodach. :) Kacza mama jest baaardzo dumna. :)

   Przez 3 dni nas nie było w domu, bo wybraliśmy się ze znajomymi na wycieczkę. Od totalnej katastrofy uratowało nas zdobycie w końcu ostatniego dnia jednego szczytu i obejrzenie Opactwa w Kilemore, ale po drodze było źle, i coraz gorzej. Pogoda iście irlandzka, czyli wieje i leje, Adama zapędy, żeby obejrzeć absolutnie WSZYSTKO, co tylko można, co zaowocowało siedzeniem non-stop w samochodzie i zabawianiem Antka na dwa miliony sposobów w tymże aucie właśnie. To pierwszy dzień. Drugiego deszcz i mgła wygnała nas z góry, którą zamierzaliśmy zdobyć, potem znów w samochodzie w drodze do Opactwa, potem złapaliśmy gumę, potem nie można jej było naprawić, bo niedziela i wszystkie warsztaty w okolicy zamknięte, potem chłopaki próbowali zmienić koło i przy okazji mój małż zatrzasnął kluczyki od samochodu w bagażniku, z Antkiem śpiącym wewnątrz auta (szok!). Na szczęście drzwi od samochodu otworzył nam pan pracujący na terenie opactwa, bardzo sprawnie operując kawałkiem drutu (Antek przespał całą akcję, ku mojej wielkiej uldze, ale i tak się poryczałam z nerwów). To drugi dzień. Trzeciego natomiast słońce wyszło w końcu, fundując mi udar cieplny na koniec dnia. Za to Antek ostatecznie odmówił siedzenia w samochodzie, spać też nie chciał, więc większość drogi powrotnej z Galway do Dublina przepłakał i przekrzyczał (jakieś 1,5h), a ja bezskutecznie go głaskałam, całowałam i mówiłam do niego, moje serce pękało na coraz więcej maleńkich kawałeczków, do tego ból głowy, głupie komentarze znajomego, który był z nami na tej wycieczce... No dramat po prostu. :( Dzisiejszy dzień odchorowuję, głównie psychicznie, i sobie obiecuję, że moje dziecko nie będzie jechało autem już NIGDY, a przynajmniej nie dłużej niż godzinę dziennie. Ja takiego spazmatycznego płaczu mojego maluszka nie chcę już nigdy oglądać. :( :( :( Żadnych wielodniowych wycieczek objazdowych z bobasem!
   Pewnie nawet nie muszę pisać, że umęczyłam się na tej wycieczce i wróciłam zmęczona bardziej, niż wyjeżdżałam. Żadna przyjemność. :/ Żal mam przez to do całego świata, do głupiej Irlandii o pogodę, i do mojego męża za takie rozplanowanie całej wyprawy, ale nawet mi się gadać nie chce z nim o tym. Czekam, aż czas zrobi swoje i pozwoli mi zapomnieć po prostu o tym całym zdarzeniu, wrócić w tryby codzienności. Teraz już byle do sierpnia.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Przełomowe odkrycie, czyli: kim jestem?

Pisałam, że coraz więcej nowości w naszym życiu, i to w coraz szybszym tempie się te nowości pojawiają. Od ok. 2 tygodni Antoś wie już, że jest chłopcem. :) Jak to odkrył? Otóż wie, gdzie znajduje się jego pisiorek. :P
   Teraz za każdym razem, gdy przebieram mu pieluszkę Antoś MUSI, po prostu MUSI podotykać swojego siusiaka, i robi to z wielce zadowoloną miną. :P Gdyby to tylko o dotykanie chodziło! On się naprawdę porządnie ciągnie za przyrodzenie, miętosi je i w ogóle robi wszystko w tak niedelikatny sposób, że na początku byłam pewna, że go to straszliwie zaboli i się rozpłacze, i przestanie to robić. Ale gdzie tam! Próg bólu Antek ma najwyraźniej ustawiony BARDZO wysoko, bo jak dotąd nie pisnął nawet słowa skargi, za to z wielce błogim uśmiechem kontynuuje zabawy pisiorkowe. :P
   A ponieważ ja, jak zwykle zresztą, komentuję prawie wszystko, co Antek robi, nazywam rzeczy, czynności i części ciała, więc na pytanie: "Gdzie jest pisiorek?", Antek spogląda w dół i łapie się między nóżkami. :D Także najważniejsze słowo zostało poznane. :P
   Dla mnie to głównie śmieszne, ale w sumie jest to ważna informacja dla małego kaczorka - odkrywa różnice płciowe. Od odkrycia własnego siusiaka już tylko krok to odkrycia, że nie wszyscy ludzie go mają, a potem do pytania: Mamo, a gdzie twój pisiorek? :P Zastanawiam się, czy uda mi się mądrze rozegrać rozmowę na temat płci i seksu i całej reszty ("Skąd się biorą dzieci?"), choć do tego jeszcze trochę czasu. Ale pierwszy etap już za nami. :)

środa, 15 czerwca 2011

Brawa!

Nie da się prowadzić systematycznie bloga o małym dziecku. Są tygodnie, że nie dzieje się nic, żadnych "nowości", żadnych przełomów i zmian, nuda i rutyna codzienności. A potem naraz wychodzi kilka spraw i nie wiadomo, o czym pisać najpierw. :P A ja tak lubię tematyczne posty, a nie o wszystkim naraz.

   Więc dziś tylko o... KLASKANIU! Tak, tak, dopiero co marudziłam, że Antek ma w nosie moje "kosi-kosi" i nagle dziś załapał. :D Coś tam po powrocie ze spaceru zaczął rączką o rączkę uderzać, nawet zwróciłam na to uwagę Adama, ale mąż się nie zachwycił. Że to niby przez przypadek, żebym sobie nie wkręcała przedwcześnie. :P Odwieźliśmy więc z Antkiem tatusia na samolot (krótka wizyta w Polsce), a w drodze powrotnej autobusem Antek klaskał i klaskał, ku uciesze mojej i części pasażerów autobusu. :D Czasem, jak się za bardzo zachwyci sam sobą, to nie trafia jeszcze rączką w rączkę, ale rozumie to moje "kosi-kosi" i reaguje.

   Jestem dumna jak nie wiem co! :D

   Swoją drogą - coś jest z tym dziesiątym miesiącem, że nagle dzieciaki zaczynają łapać takie społeczne zachowania, te klaskania, "papa", buziaki i inne takie cuda. Jest to fantastyczne o tyle, że wcześniej dziecko jest takim małym kosmosem dla siebie samego. Owszem - mama i tata są potrzebni, ale dziecko głównie obserwuje i jest skupione raczej na odkrywaniu siebie samego: rączek, nóżek, turlania itd. I nagle, chciałoby się powiedzieć "z dnia na dzień" (choć to oczywiście nieprawda jest) zaczyna być jednostką bardzo uspołecznioną, nagle rozumie język, którym do niego mówią, gesty i zachowania.
  
   Naprawdę, nigdy mnie to nie przestanie zadziwiać, jak to jest pomyślane wszystko. I teraz mogę tego doświadczać, a nie tylko o tym czytać w książkach czy na blogach innych mam. Bo to jest zupełnie inna jakość.

   Brawa dla Antoszka! A że apetyt rośnie w miarę jedzenia - czekam na nowe cuda!